środa, 11 czerwca 2025

Rzut granatem

W poniedziałek po śniadaniu pobraliśmy z magazynku kilka skrzynek z granatami i nastąpił wymarsz na poligon.
Ledwo wkroczyliśmy na teren Lędowa, nastąpił teoretyczny atak lotniczy. Głośny krzyk: lotnik kryj się. Rzucaliśmy się natychmiast na glebę, szukając jakiegokolwiek zagłębienia, żeby być lepiej ukrytym. Już znaliśmy smak złego ukrycia i dlatego Ci ze skrzynkami też rzucali się na ziemię, aż było słychać w nich łomot granatów.
Na to czekali tylko nasi dowódcy. No kociarstwo z granatami nie ma żartów. Trzeba obchodzić się z nimi jak z własnymi jajami. Ci, co nieśli skrzynie, już nie żyją i mają się nie ruszać. Pozostali przy życiu kopać dla nich groby. Wykopaliśmy kilka dołków i biorąc nieszczęśników za nogi i pod pachy wkładaliśmy ich do dołków.
Mat kazał ich przysypywać, myśleliśmy, że żartuje i staliśmy bez ruchu zdziwieni. Spowodowało to, że wykopaliśmy jeszcze trzy dołki dla trzech wytypowanych do pochówku marynarzy.
Zasypywać! Z pewnym ociąganiem zaczęliśmy sypać na nich ziemię. Po pierwszych łopatach ziemi przerażeni elewi wyskoczyli z dołków jak z procy. A niech mnie, cud, a może granaty były zepsute. Kociarstwo nerwowe z cywila. Przecież k...a nikt by was nie zasypał.
Przecież lotnictwo nie zakończyło jeszcze swoich działań i gdyby poleciało na was trochę ziemi i byście tak się zachowali, jak przed chwilą, to skosiliby Was z karabinów pokładowych. Trzeba było wytrzymać chwilkę. Teraz sami widzicie, że te nasze ćwiczenia miały na celu uświadomić Wam, jak należy zachować się na polu walki.
Aktorów z was nie będzie, ale zrobimy z was 100% żołnierzy. Nastąpiła zbiórka i zmiana niosących skrzynie. Po tej scenie ruszyliśmy dalej, by znowu po paru krokach usłyszeć już nie o lotniku, tylko granat z lewej, granat z prawej. Padamy na glebę, ale skrzynki z granatami już delikatniej opadają na ziemię.

Po prawie dwu kilometrowym marszobiegu zatrzymujemy się i otwieramy skrzynki. Mat wyjmuje jeden granat i przeprowadza krótkie szkolenie. Jest trochę o danych taktyczno-technicznych o granatach (granaty zaczepne i obronne). Objaśnił nam, jak należy odbezpieczyć zawleczkę i kiedy oraz jak wykonać rzut. Wyjęcie zawleczki uzbraja granat i w momencie rzutu zostaje ona zwolniona. Granat nie wybucha od razu, ale po paru sekundach.
Gdy granat opuszcza dłoń rzucającego, łyżka odskakuje na skutek działania sprężyny i uruchamia zapalnik, który odpala ładunek z kilkusekundową zwłoką.
Granat wyposażony jest w zapalnik, który uruchamia się w określonym momencie po rzuceniu.
Zapalniki czasowe: Uruchamiają się po upływie określonego czasu, zwykle poprzez spłonę sznura Bick (ścieżki prochowej).
Zapalniki uderzeniowe: Uruchamiają się w momencie uderzenia granatu o powierzchnię.
Zapalniki mechaniczne: Mają mechanizm, który jest uruchamiany przez rzucającego, np. dźwignię, która odskakuje po rzucie.
Granaty ręczne, zależnie od ich przeznaczenia, można podzielić na kilka kategorii: odłamkowe, zaczepne, obronne, uniwersalne, przeciwpancerne, hukowo-błyskowe, dymne, zapalające i ćwiczebne.

Rodzajów granatów jest jeszcze więcej, jak ktoś jest tym zainteresowany, to na pewno znajdzie takie informacje.
Po przeszkoleniu teoretycznym i instrukcji przystąpiliśmy do ćwiczeń. Ćwiczyliśmy rzuty z pozycji leżącej półbocznej.
Należało wyciągnąć zawleczkę, trzymając jednocześnie dźwignię (łyżkę), zrobić taki półkolisty wymach i rzucić granatem do przodu. Ćwiczyliśmy rzuty pojedynczo wg kolejności z dwuszeregu. Byłem już po rzucie i patrzyłem, jak inni to robią.
Na chwilę odwróciłem głowę w kierunku lasu i w tym momencie usłyszałem krzyk dowódcy. K...a, co za kalectwo. Marynarz Piździółko chciał mnie wysadzić w powietrze.
Zdążyłem tylko zobaczyć granat leżący u stóp mata.

Do dzisiaj żałuję, że nie widziałem samego momentu tego rzutu. Kolega powiedział, że jak robił zamach, to granat wypadł mu z ręki i upadł koło nogi stojącego z tyłu dowódcy. Ci, co widzieli ten moment, parsknęli głośnym śmiechem, a raczej rykiem. Mat też się śmiał, ale dla zasady zamachowiec musiał robić pompki i przysiady.
Zresztą za chwilę wszyscy robiliśmy przysiady, bo mat stwierdził, że za bardzo cieszyliśmy się z tego.
Ten dzień przypominał mi lata dziecięce, gdy z kolegami bawiliśmy się w wojnę. Różnica była tylko taka, że te ćwiczenia i dalsze zajęcia do capstrzyku były bardzo męczące i wyczerpujące.

piątek, 16 maja 2025

Przemyślenia — trzecia niedziela (11.11.1979), chwila wytchnienia

Niedziela to dzień, w którym mieliśmy trochę luzu. Rejony, nauka własna, pisanie listów itp. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej źle. Następowała tęsknota za dawnym życiem, kolegami, rodziną. Takie rozmyślanie zmiękczało serca, które już się częściowo przyzwyczaiło do nowych warunków życia. Trzeba było szybko odrzucić takie rozpamiętywanie, bo mogło to doprowadzić do rozklejenia się. Taki stan przyczyniłby się do podpadania i szmata mogłaby się przegrzać.

Mieszkamy w kilkunastu, a mimo to tworzymy jedną, zżytą społeczność. Wspólne życie to nie tylko codzienne obowiązki, ale także chwile pełne bliskości i współdzielenia. Wstajemy o jednej porze, jakbyśmy wyczuwali wspólny rytm dnia, który nadaje naszemu życiu harmonię i porządek. Mycie odbywa się razem, w jednym pomieszczeniu, gdzie nie ma tajemnic, a codzienna rutyna zamienia się w chwilę wspólnego rytuału.
Maszerujemy obok siebie, ramię przy ramieniu, noga przy nodze – jak jedna wielka, zgrana drużyna. To nie tylko fizyczny ruch, ale też symbol naszej solidarności i wzajemnego wsparcia. Biegamy, śpiewamy, ale mamy z tego marną przyjemność, bo pot zalewa nas. Klniemy po cichu (często w duchu), żeby nasi dowódcy nie słyszeli. Jesteśmy sobą, ale w takim otoczeniu nie ma miejsca na fałszywą grzeczność.
Śmiejemy się razem, rozmawiamy jak jeden organizm, bo nasze życie to zintegrowana całość, w której każdy element jest ważny. Wspólne doświadczenia, codzienne rytuały i wzajemne zrozumienie tworzą z nas jedną, silną społeczność, w której każdy czuje się bezpiecznie i akceptowany. To właśnie ta bliskość, współpraca, radość tworzą prawdziwe więzi, które sprawiają, że mimo trudów, czujemy się jak jedna, spójna rodzina.
Od pobudki do nocy (często też nocą), w błocie, deszczu, biegamy, czołgamy się i się okopujemy. Wracając z poligonu, maszerujemy, a na wrzask mata, nóżka wyżej, wyrzucamy w górę parę centymetrów więcej zmęczone nogi. Nikomu nawet nie przychodzi do głowy, żeby zaprotestować lub, że już nie mamy sił. Taki pomysł źle skończyłby się dla nas.
Jeden za jednego, wszyscy za jednego. Dosłownie, bo czasami jak jeden podpadnie, to cały pluton lub kompania w imię solidarności wyciska ostatnie poty. Czasami miałem wrażenie, że już nie ma czym się pocić. Nigdy nie zdarzyło się, że gdy podpadł cały pododdział lub oddział, to karę otrzymałby jeden żołnierz. Taka była logika w armii, w tym przypadku było to logiczne.

Zrozumieliśmy, że łatwiej tu przeżyć trzymając się razem, nie szukać wytrychów. Kto za bardzo cwaniakował to obrywał od dowódców i od kolegów. Upłynęło już kilkanaście dni, a my ciągle jesteśmy jeszcze w szoku. Nie ma możliwości skryć się gdzieś, chociaż na godzinę. Kilkakrotnie na dzień wzywani jesteśmy na zbiórki, odliczając kolejno.
Ten krzyk komend nacierający ze wszystkich stron dopełniał fizyczne zmęczenie psychicznym otępieniem. Po takich dniach szczęśliwi byliśmy, gdy trafiła się noc bez docierania. Przeważnie każdy sen był brutalnie przerywany. Nawet gdy spaliśmy od 22-giej do 6 -tej rano, to ten sen wydawał się przeraźliwie krótki. Wiedzieliśmy już, że po capstrzyku najmniejszy hałas zwabiał natychmiast podoficera lub oficera dyżurnego, co skutkowało zarwaną nocką.
Przez te pierwsze 2 tygodnie byliśmy tak zmęczeni, że nawet praktykujący wierzący zasypiali bez pacierza

środa, 23 kwietnia 2025

Drużyna kuchenna, obiad, listy

Minęło dwa tygodnie i nastała do zaliczenia trzecia sobota na K-13. Po obieraku wróciliśmy do sobotnich obowiązków. Na obiedzie czekała nas niespodzianka w postaci porcji ziemniaków w stylu co kot napłakał.
Okazało się, że brak naszego rozsądku w czasie obierania ziemniaków przełożył się później obiad. Wiadomo starsi służbą i dowódcy dostali odpowiednie porcje, a my tylko na ząb.
Na następnym obieraku obieraliśmy warzywa tak, żeby zostało ich, jak najwięcej. Kucharz, który sprawdzał naszą pracę, powiedział, że poprzednio świnie miały większą wyżerkę. Nikt nas nie pilnował, bo sami zrozumieliśmy, że byle jakie obieranie warzyw działało na naszą niekorzyść.

W czasie pobytu w Ustce byłem parę razy w drużynce kuchennej i raz jako dyżurny kuchni. Dla mnie drużynka kuchenna była przeje...ana. Od rana do wieczora cały czas zapieprz, najwięcej było sprzątania i mycia garów. Wieczorem po kolacji na posadzkę kuchni była wylewana woda z jakimś środkiem czystości i trzeba było na początku tak szczotkować, żeby powstała piana o odpowiedniej wysokości. Było ciężko, ale jak nie było w pobliżu kucharza i jego pomocników, to czasami dokazywaliśmy między sobą, np. rzucanie szmatą.
Trzeba było się pilnować, żeby nią nie oberwać. Raz po takiej akcji szmata wpadła do kotła, ale to było w trakcie mycia go i została wyciągnięta. Słyszeliśmy opowieści o szmacie czy bucie w zupie, ale to były chyba takie plotki.
My pilnowaliśmy czystości, bo mieliśmy już złe doświadczenie z obieraniem warzyw, które obróciło się przeciwko nam. Po takim dniu ledwo powłóczyłem nogami, można było usnąć na stojąco.

Raz trafił się w porządku kucharz. Akurat wtedy byłem dyżurnym kuchni. Kucharz dla drużynki kuchennej przyniósł ciepły chleb, marmoladę, trochę mleka, a mnie zawołał do swojej kanciapy. Nalał mi śmietany i dał pajdę świeżutkiego chleba oraz kawałek kiełbasy. Gdy wcinałem te smakołyki jak zając kapustę, on brzdąkał na gitarze.
Źle wspominam czystość talerzy i kubków. Przeważnie były niedomyte, takie tłuste. Nie pamiętam czy to była niedbałość myjących, czy brak odpowiednich środków do mycia i samą wodą nie dawało rady usunąć tłuszcz. O ile pamiętam talerze i kubki były plastikowe, a tace aluminiowe lub metalowe (może były plastikowe — niech ktoś sprostuje to w komentarzu).
Czasami wydawało mi się, że na kuchni i stołówce był syf totalny, tłuste wszystko, łącznie z plastikowymi kubkami. Dla nas kotów to była ciężka harówka, a funkcyjni jechali na nas. Dyżurny stołówki stał w pobliżu okienek, gdzie wydawano posiłki i pilnował niby porządku oraz prawidłowej gramatury porcji.
Praktycznie dyżurny kot nie miał nic do gadania. Kiełbasa krojona była z obu stron pod kątem 60 stopni i o długości 7 cm. Oczywiście oficerowie, podoficerowie mieli krojona kiełbasę jakimś innym nożem, bo wyglądała na większą.
Może jeszcze przypomni się coś z obieraka i drużynki kuchennej to dalej uzupełnię.

Listy były rozdawane po obiedzie, bo mieliśmy kilka minut wolnego. Podoficer wyczytywał pierwsze nazwisko i zadowolony marynarz z uśmiechem na twarzy wystartował ostro po odbiór.
Już wyciągał rękę po upragniony list, a tu zonk. Hola, podoficer uważnie ogląda kopertę i wącha ją. W miejscu zaklejenia widoczne są krzyżyki. Pyta marynarza, po co są te krzyżyki, ale nie zna odpowiedzi. Zresztą my wszyscy zastanawialiśmy się, po co te skrzyżowane kreski, chyba dla ozdoby, bo przecież nie dla zabezpieczenia.
Mat liczy krzyżyki i każe za każdy znaczek krzyżykowy robić pięć pompek. Nazbierało mu się pięćdziesiąt. Następny list pachniał dziewczyną i delikwent też musiał pompować. Listy bez krzyżyków i od rodziców nie podlegały pompowaniu.
Wobec takiego stanu rzeczy, każdy na początku swoich listów, informował, żeby ich nie krzyżykować oraz nie przysyłać w perfumowanych kopertach.
Listy od dziewczyn, nawet gdy nie były pachnące czy krzyżykowane zawsze podlegały pompowaniu. Dlatego nikt się do tego nie przyznawał. Jednak gdy się wydało, że kot oszukał, to jechał dodatkowe pompki.

czwartek, 20 marca 2025

Maski na ryj, musztra, obierak i delbeta

Maski na ryj, musztra, obierak. Kociarstwo ostro jedzie, a sierść się sypie.
Nowy dzień, ale rytm dnia ten sam co poprzednio. Pobudka, pobudka, bieg, bieg, biegiem na zaprawę. Jest coraz chłodniej, ale dbają o nas, żeby nie było nam zimno. Repertuar na chłód jest bogaty: bieg, podskoki, przysiady, pompki, kaczuchy, żabki itp.
Pobudka to sygnał do działania, a każdy z nas wie, że poranny bieg to początek ciężkiego tego dnia, w którym jeszcze kilka razy skutecznie podniosą nam tętno. Z każdym dniem czuję, jak moje ciało staje się silniejsze, a umysł bardziej zdeterminowany. To nie tylko fizyczne przygotowanie, ale także mentalna siła, która pomaga mi stawić czoła wyzwaniom w nowej rzeczywistości.
Wszystkie przemarsze na różne zajęcia, posiłki, ćwiczenia są wykorzystywane na doskonalenie kroku defiladowego. Zaprezentujemy go na przysiędze, do której jest jeszcze daleko. Czasami wydaje mi się, że nigdy nie doczekam tej chwili, bo do połowy grudnia w tych warunkach to wieczność. Czasami takie myśli gdzieś się plątają, ale szybko się ulatniają wraz z dolatującym wrzaskiem dowódcy.

Na ogół z każdym dniem zaczyna rozpierać mnie duma, że dobrze to wytrzymuję. Zaczynam już żartować, robić jaja oraz kombinować jak się wymiksować z różnych dodatkowych poza kolejnością metod zwiększania dyscypliny.
Już wiem, że nie należy się zbytnio wychylać w czymkolwiek i nie dać powodów prostowania osobowości w postaci musztry pojedynczego żołnierza i nocnych prac dyscyplinujących. Jednak to nie zawsze uchroni przed kaprysem starszych służbą. Ciekawa, a raczej śmieszna jest musztra pojedynczego żołnierza, np. zbiórka w dwuszeregu.
Żołnierz na komendę Zbiórka w dwuszeregu pada na czworaka, przednie ręce i głowa to pierwszy szereg, a nogi i du.a, to drugi szereg :). Kilka takich powtórzeń zbiórki pojedynczego i kot się poci. Mat wtedy komentuje, że kot ma za grube futro :).
Dla nas obserwatorów, to rzeczywiście zabawny sposób przedstawienia musztry. Tego rodzaju humorystyczne podejście do poważnych tematów, jak wojskowe ćwiczenia, może rozładować napięcie i sprawić, że sytuacja stanie się bardziej zrelaksowana. Tego rodzaju żarty mogą być także sposobem na zacieśnienie więzi w grupie, bo wspólne śmiechy często budują atmosferę zaufania i koleżeństwa. Trzeba tylko uważać, żeby nie śmiać się za głośno, bo jak nie spodoba się dowódcy nasze rżenie, to za chwilę też sami będziemy padać na cztery łapy.

Po śniadaniu znowu intensywne szkolenie z obsługi broni KBK AK. I tak do obiadu, składamy i rozkładamy broń. Robimy to coraz szybciej, jeszcze kilka takich ćwiczeń i z zamkniętymi oczami damy radę. Dla utrwalenia nawyków i zdobytej wiedzy po obiedzie tłuczemy samo. Oczywiście zdarzały się różne problemy, ktoś coś źle włożył itd.

No i nastał następny dzień słonia. Od rana do nocy, biegamy, maszerujemy, pocimy się w tych kondonach z maskami na ryju. Granat z lewej, granat z prawej, lotnik kryj się i raz po raz zaliczamy glebę. Na początku ćwiczeń pada i nie podnosi się jeden z marynarzy.
Mat drze na niego ryja, a on nie reaguje. Myślałem, że wali w .uja. Mat zrywa mu maskę, podbiega do niego drugi dowódca i nachyla się nad nim. Nie wiem, co mu robili, bo działo to się w pewnej odległości ode mnie. Za chwilę biedak wstał, blady był jak ściana. Zarządzili zbiórkę w dwu szeregu i kazali zdjąć maski oraz L-1. Poinformowali nas, że ten blady kot nie wyjął korka zabezpieczającego z pochłaniacza.
Dla utrwalenia wiedzy z posługiwania się sprzętu ochrony dróg oddechowych wypierdolimy was w kosmos. Ty zapchlony kocie będziesz przez 10 minut wkładał i wyjmował korek pochłaniacza ochrony dróg oddechowych, a pozostali w tym czasie będą mieli jazdę. Pluton w natarciu, pluton w obronie, bieganie, czołganie się, gleba raz po raz z okopywaniem. Zdążyłem wbić parę razy saperkę w lędowską ziemię i już krzyk, że za rowem z wodą trzeba kopać okopy.
To były długie wyczerpujące, masakrujące nasze organizmy minuty.
Po tym docieraniu dostaliśmy czas na odpoczynek, ale z małym haczykiem, trzeba było stać. Mat pyta podpadziochę od maski czy fajnie było mu patrzeć, jak koledzy nacierali w różnych figurach akrobatycznych, ryjąc ziemię poligonu. Bidula nic nie odpowiedział, bo czuł, że teraz jego kolej. Mat powiedział mu, że będzie ćwiczył prawie to samo co przed chwilą koledzy, ale we współpracy z maską. Najpierw kilka razy trening z maską, żeby utrwalić zakładanie i zdejmowanie oraz utrwalenie nawyku odtykania pochłaniacza.
Potem atakował glebę na wszelkie możliwe komendy z dodatkiem maski na twarzy. Skakał, biegał, czołgał się, krył się w zagłębieniach.
W pewnym momencie leciał jak pijany, aż wpierdolił się do rowu z wodą, widocznie maska mu zaparowała. Pomimo że też dostaliśmy za niego w dupę, zrobiło mi się go żal. Gdy wygramolił się z rowu, mat dał mu już odbój ze specjalnej musztry dyscyplinującej, która miała i nam utrwalić pamięć raz na zawsze, że korek trzeba wyjmować.

Wracając, ledwo powłóczymy nogami, pilnuję się, żeby nie podpaść, bo nie chciałbym w tym momencie zaliczyć orbitę wokół maszerującej kompanii. Tylko o tym naszym koledze od korka mat nie zapomniał i zaliczył w czasie powrotu do koszar kilka orbit wokół maszerującej kolumny. Dzień słonia w bólach zaliczony.

„Piątek, piąteczek, byle nie podpaść” to popularne dzisiaj powiedzenie w polskim języku, które często używane jest w kontekście weekendu i luzu, jaki przynosi piątek. To także sposób na wyrażenie radości z nadchodzącego końca tygodnia pracy. Warto dodać, że w polskiej kulturze piątek często kojarzy się z relaksem, spotkaniami ze znajomymi lub rodziną oraz różnymi formami spędzania wolnego czasu. Jednak w armii ten piąteczek zwiastował tylko nadchodzącą sobotę i niedzielę, ale to nie oznaczało wielkiego rozluźnienia. Na te dni były przygotowane inne „zabawy” dla kotów.

Pobudka, zaprawa, sprzątanie rejonów, śniadanie, musztra, szkolenie, obiad, zajęcia popołudniowe. Przed kolacją zbiórka i przemarsz do izby lekarskiej. Mat nie chciał nam powiedzieć, po co nas tu przyprowadził. Śmiał się tylko, że dostaniemy w dupę. Na korytarzu rozebrani do pasa stanęliśmy pojedynczo. Ktoś rzucił uwagę, miało być w dupę, to, po co zdjęliśmy górę ubrania, raczej powinniśmy spuścić spodnie. Czekaliśmy, dowcipkując, aż pojawili się duchy w białych kitlach. Zostaliśmy zaczepieni w ramię, podobno była to uodporniająca organizm tzw. delbeta. Prosto z izby pomaszerowaliśmy na kolację. Dziennik telewizyjny, sprzątanie rejonów, capstrzyk.

Jakość zleciało i już myślałem o sobocie, będzie trochę lżej niż na poligonie. O 22-giej już leżymy regulaminowo na wozach, światła zgasły i oczy też już mi się skleiły. Nagle trzask otwieranych drzwi i wpadają we dwóch.
Wypad z wozów! Otwierać szafki, sprawdzenie porządków wg kodu. Qwa, nikt nie dowiedział się, jaki dzisiaj obowiązuje tajny kod porządkowy w szafkach. To takie to ważne gdzie stoi pędzelek do golenia, a gdzie szczoteczka itp. Czy te głupoty pomogą armii wygrywać bitwy? Wszystko z szafek ląduję na podłodze. My wkurwieni, a oni zadowoleni. Układać wg kodu! Co koty, zapomniało się, że była zmiana kodu.
Pojedynczo co 3 sekundy biegieeeem do podoficera po kod szyfrujący szafki. Pędzimy w piżamach (w tym stroju wyglądamy jak ofermy) po korytarzu do podoficera po kod. Wyłapują kilku, że biegli poniżej lamperii, a należy biec powyżej lamperii. Takie jaja sobie robili z nas. Ciekawy byłem, jak to biegnie się poniżej lub powyżej lamperii, ale wolałem nie pytać.
Zanim będziecie porządkować swoje przedmioty, przybory itd., mam jeszcze jedną wiadomość i wyjmuję kartkę. Odczytuje z niej kilkanaście nazwisk. Te osoby jutro o godzinie 4 tej rano mają stawić się z niezbędnikami na stołówce. Teraz układać swój żołnierski dobytek i spać. Może wpadniemy jeszcze raz sprawdzić, czy kod się zgadza i się śmieją.
Wśród wymienionych byłem i ja. Już leżąc, myślę jak tu wstać przed czwartą, żeby nie podpaść. Kto nas obudzi? Zegarków nie mamy. Zastanawiam się, czy czasem nie spróbować nie zasnąć, bo do 3,40 już nie daleko. Może jeszcze w międzyczasie znowu wpadną sprawdzać ułożenie w szafkach, tak jak sugerowali.
Zastanawiając się na tym, nie wiadomo, kiedy odleciałem w głęboki sen. Ktoś mnie szarpie za ramię, chyba mi się śni, zaraz to minie. Znowu czuję lekkie potrząsanie i szept, wstawaj. Otwieram oczy i przy świetle wpadającym przez okno widzę podoficera, który cicho mówi, że idziemy na obierak do kuchni. Pomału dochodzę do siebie, ubieram się i wychodzę przed budynek kompanii. W kolumnie dwójkowej maszerujemy do stołówki. Po drodze analizuję, co się wydarzyło parę godzin wcześniej i teraz. Podoficer każdego wyznaczonego na obierak budził tak, żeby nie obudzić pozostałych. Jednak jakieś ludzkie odruchy jeszcze mu pozostały. Później dowiedziałem się, że on jest tylko z poboru pół roku wcześniej i po K-13 został w Ustce.

Zatrzymaliśmy się przed stołówką, podoficer kazał nam czekać i gdzieś poszedł. Wrócił z pomocnikiem kucharza i zaprowadził nas jakiegoś ciemnego pomieszczenia, wyglądało jak duża piwnica.
Zobaczyliśmy stos ziemniaków i trochę innych warzyw, które mieliśmy oczyścić i obrać. Kucharz powiedział na, że od nas zależy, jaki będzie obiad i ulotnił się razem z naszym prowadzącym. Było nas chyba z dziesięciu. Obieranie ziemniaków i warzyw nożem od niezbędnika to była mordęga.
Większość z nas nigdy nie obierała ziemniaków i nikt nie przykładał się do tego. Nikt nas nie pilnował, mieliśmy czas na pogaduchy, żarty i inne wygłupy.
Jednym z ziemniaka mało co zostawało, wychodziła im z dużego kartofla mała kostka. Nikt się nie przejmował, że zastrugaliśmy dużo odpadów. Plusem obierana było uzupełnienie witamin z marchwi, cebuli, rzepy, szkoda, że nie było jabłek. Opowiadaliśmy kawały i coś o sobie, przeważnie z jakich miejscowości pochodzimy.
W czasie obierania warzyw poczułem, że zaczyna mnie boleć ramię. Inni też o tym mówili i stwierdziliśmy, że to po tym szczepieniu. W czasie obierania brało nas spanie i marzyliśmy, żeby się wreszcie wyspać, ale kiedy to będzie, nikt nie wie.
Ktoś mówi, przynajmniej zaprawa nas dziś ominie. Oczadziałeś z radości w tej piwnicy, przecież w soboty nie ma zaprawy. Tak to leciało, aż do powrotu na kompanię.

niedziela, 9 lutego 2025

Broń KBK AK

karabinek kałasznikowa
Zerwałem się z wozu, wpadłem do toalety opróżnić zbiornik i już darłem w szortach, trampkach oraz w podkoszulku na zaprawę. Bieg, bieg wesoło pokrzykiwał podoficer. Wypadam w ciemność przed budynkiem prosto pod prysznic z nieba, aż mnie ciarki i od razu zniknęła senność. Na komendę z powodu zimna ostro i chętnie ruszamy biegiem, żeby tylko szybko się rozgrzać.
Z durnej taśmy przez głośniki sączyła się wkur...ca muzyczka, czasami z tekstem np. robić pompki, głębiej, głębiej. Po pompkach bieg, przysiady i kaczuchy, nogi sztywniały z wysiłku, ale zrobiło się ciepło. I tak przez około 30 minut robiliśmy w przybliżeniu 3 - 4 kilometry. Przed wojskiem w szkole średniej uprawiałem lekkoatletykę, m.in. biegałem na średnich dystansach oraz grałem w piłkę nożną. To uprawianie sportu teraz mi się przydało. Zdałem sobie sprawę, żeby to przetrzymać, trzeba być odpornym fizycznie i psychicznie.
Dajemy radę, czuję moc, zaczynam marzyć, ale wyrywa mnie z tego stanu darcie ryja mojego dowódcy. Na kompanię biegiem z szybkością światła na wysokości lamperii. Leci gęsto mięcho, na mnie to dobrze działa, sprężam się, napinając mięśnie i lecę na łeb i szyje po korytarzu. Czasu nie ma za wiele, szybkie mycie, ścielenie łóżek itd.
sala żołnierska
Zakładam wilgotne moro, wychodząc z założenia, że skoro pada, to nie ma sensu zakładać czyste i suche ubranie, bo po śniadaniu pewnie znowu rzucą nas w błoto na poligonie. Po śniadaniu przed stołówką mamy opróżnić kieszenie z chleba i za karę pompujemy pompki po 30 razy. Udało mi się dwie kromki zachować w bluzie moro, a z bocznych kieszeni spodni poszły na ziemię. Chleb wypychał rzucające się w oczy kieszenie boczne spodni moro. Dla zmyłki specjalnie pakowaliśmy do tych kieszeń, bo po wyrzuceniu z nich chleba nikt nie sprawdzał innych kieszeni. Zresztą nie zawsze kazali opróżniać kieszenie i wtedy zostawało nam więcej do jedzenia. Po ciągłym wysiłku przez całe dnie kalorie były spalane na bieżąco i ciągle chciało się jeść.
Zresztą porcje posiłków nie były duże, np. na śniadanie kiełbasa krojona pod kątem ok. 60° z obu stron o długości 7 cm wizualnie ilościowo wyglądała dobrze, ale w praktyce było jej tyle, co kot napłakał.

Na kompanii sprzątanie rejonów i zbiórka na świetlicy. Okazuje się, że dzisiaj będziemy poznawać zasady używania broni KBK AK, jej parametry techniczne, budowę — na razie teoria. A niech to, większość z nas siedzi w wilgotnych morach, które wyschły na nas przed obiadem.
Słuchamy z zaciekawieniem wykładu o broni, która niebawem otrzymamy na stan. Ważniejsze informacje wykładowca każe nam zapisać w zeszytach, bo będziemy mieli sprawdzian teoretyczny. Mówi o zasadach bezpiecznego obchodzenia się z bronią. W czasie ćwiczeń, szkolenia, konserwacji i czyszczenia broni nie wolno kierować jej w stronę istot żywych.
Po obiedzie dalsze szkolenie z broni popularnie nazywanej kałachem Kałasznikowa. Karabinek AK (AK-47) – radziecki karabinek automatyczny opracowany tuż po II wojnie światowej przez Michaiła Kałasznikowa.
W listopadzie 1943 r. ogłoszono konkurs na konstrukcję karabinka automatycznego, który miał być uzbrojeniem strzeleckim Armii Radzieckiej. Zakładano, że będzie to karabin samopowtarzalny strzelający nabojem pośrednim i ręczny karabin maszynowy. Nowy typ karabinka automatycznego miał być bronią wsparcia zwiększającą siłę ognia drużyny piechoty w ataku i obronie. W założeniu miał ważyć do 5 kg, a z dwoma pełnymi magazynkami nie przekraczać 9 kg. Magazynek miał mieć pojemność co najmniej 30 naboi.
W efekcie powstało 15 prototypowych karabinków automatycznych konstrukcji m.in. Tokariewa, Diegtiariowa, Korowina, Baryszewa, Konstantinowa, Stieczkina, Korobowa (TKB-408) i Sudajewa (AS-44). Wszystkie konstrukcje, po próbach, odrzucono.
kbk ak i as44
Najbardziej udany okazał się AS-44, który, jako jedyny, przeszedł pełny program prób. Skoncentrowano się więc na jego doskonaleniu. Do pomocy choremu na białaczkę konstruktorowi przydzielono asystenta – M. T. Kałasznikowa. W wyniku dalszych prac udało się zmniejszyć masę broni do 4,8 kg. Inne parametry były jednak dalej niezadowalające i projekt odrzucono.
W maju 1945 r. rozpisano nowy konkurs. I tym razem również AS-44 uznano za najlepszy karabinek. Nie został on jednak skierowany do produkcji. Prace nad bronią zakończyła śmierć konstruktora w 1946 r.
karabinek AK
W 1946 r. rozpisano trzeci konkurs. Tym razem wymagana była długość broni poniżej 900 mm. Karabinki miały występować w dwóch odmianach. Z drewnianą kolbą stałą dla piechoty oraz z kolbą składaną dla młodszych oficerów i wojsk powietrznodesantowych.
kbk ak
Zakładano, że głównie ogień będzie prowadzony krótkimi seriami. Wymagano jednak też, by broń była wyposażona w przełącznik rodzaju ognia, który pozwalał prowadzić ogień pojedynczy.

Karabinek automatyczny AK jest bronią samoczynno-samopowtarzalną, działającą na zasadzie odprowadzenia gazów przez boczny otwór w lufie do komory gazowej, umieszczonej nad lufą. Elementem łączącym zespoły i mechanizmy karabinka jest komora zamkowa, wykonana ze stali.
Wewnątrz niej znajdują się: mechanizm powrotny, opory ryglowe, mechanizm spustowo-uderzeniowy, wyrzutnik łusek oraz zespół odrzutowy. Do komory w sposób trwały jest przyłączona lufa (za pomocą gwintu), kolba stała (AK) lub składana (AKS), rękojeść typu pistoletowego i kabłąk języka spustowego z zatrzaskiem magazynka, natomiast w sposób rozłączny – magazynek i pokrywa komory zamkowej.
Lufa karabinka ma przewód z bruzdowaną częścią prowadzącą (4 bruzdy prawoskrętne) i komorą nabojową. Na jej zewnętrznej części wylotowej jest nacięty gwint lewoskrętny, służący do nakręcania odrzutnika (do strzelania 7,62 mm nabojami ślepymi wz. 1943) lub tłumika dźwięku i płomieni PBS-1.
Na lufie za pomocą kołków są zamocowane: podstawa muszki, komora gazowa z gniazdem tłoka gazowego, pierścień oporowy do zamocowania łoża i podstawa celownika. Między komorą gazową i podstawą celownika jest zamontowana rura gazowa z nakładką ochronną, zabezpieczona przed wypadnięciem łącznikiem obrotowym. Zespół odrzutowy karabinka stanowi suwadło (tworzące z tłoczyskiem i tłokiem gazowym jedną całość) oraz prowadzony przez nie zamek. Suwadło wodzi się w prowadnicach komory zamkowej. Jest ono podparte sprężyną powrotną nałożoną współosiowo na żerdź, która jest połączona teleskopowo z prowadnicą sprężyny. Stopka prowadnicy jest oparta o tylec komory zamkowej i ma ząb stanowiący zatrzask pokrywy zamkowej. Suwadło wymusza zaryglowanie i odryglowanie zamka, napina kurek oraz stanowi prowadnicę cylindrycznej części zamka. Zamek w przedniej części ma dwa rygle, występ prowadzący – do współpracy ze skosem ryglującym i odryglowującym suwadła. Występ dosyłający nabój do komory nabojowej, czółko do pomieszczenia dna łuski oraz wyciąg łusek zaopatrzony w pazur i sprężynę. Ryglowanie przewodu lufy następuje przez obrót zamka w prawo w wyniku przesunięcia rygli zamka za opory ryglowe komory gazowej.
W karabinku zastosowano mechanizm spustowo-uderzeniowy działający na zasadzie przechwytywania kurka, zawierający spust obrotowy w formie dźwigni dwuramiennej. Samoczynny bezpiecznik (uniemożliwiający odpalenie przy niezaryglowanym zamku), zaczep do prowadzenia ognia pojedynczego (spełniający funkcję przerywacza), kurek ze sprężyną spustowo-uderzeniową. Iglicę umieszczoną w zamku i przełącznik rodzaju ognia, spełniający jednocześnie funkcję bezpiecznika przed przypadkowym wystrzałem. Przełącznik uruchamiany ramieniem nastawczym umieszczonym na prawej ściance komory zamkowej może zajmować trzy położenia: dolne (P) – umożliwiające prowadzenie ognia pojedynczego, środkowe (C) – ognia ciągłego oraz górne – powodujące zabezpieczenie broni. Karabinek można zabezpieczyć zarówno podczas przerwy w strzelaniu (z kurkiem napiętym i wprowadzonym nabojem do komory nabojowej), jak i po jego zakończeniu (po rozładowaniu broni i zwolnieniu kurka). W położeniu zabezpieczonym dźwignia przełącznika unieruchamia spust, uniemożliwiając zwolnienie kurka, a ramię przełącznika blokuje zespół odrzutowy w przednim położeniu.

Zasilanie broni odbywa się z dwurzędowego magazynka łukowego o pojemności 30 nabojów wykonanego z blachy stalowej metodą tłoczenia. W karabinie zastosowano muszkę typu słupkowego oraz celownik krzywkowy wyposażony w odchylane ramię z otwartą szczerbinką prostokątną i naniesioną podziałką odległości. Żądaną nastawę celownika w zakresie od 100 do 800 m (co 100 m) ustawia się suwakiem ramienia celownika, którego zatrzask wchodzi w nacięcia prawej krawędzi ramienia.
Karabinki z rodziny AK oceniane były, jako broń bardzo trwała, niezawodna oraz bardzo odporna na zanieczyszczenia i zaniedbania eksploatacyjne. Są również proste w obsłudze i tanie w produkcji. To sprawia, że karabinki wywodzące się z rodziny AK mogą być używane przez słabo wyszkolonych żołnierzy i bardzo dobrze nadają się do masowej produkcji.

Do wad karabinków AK zalicza się między innymi bardzo niską celność na dystansach powyżej 300 m. Jednak w 85% przypadków z tej broni przeważnie strzela się na odległości poniżej 300 metrów. Istotną wadą jest również ułożenie kolby względem lufy (nie są ułożone w jednej osi) co generuje dość znaczny podrzut broni.
Wobec karabinka Kałasznikowa w Polsce występował ponadto problem z jego klasyfikacją, ponieważ broń tego typu nie występowała nigdy wcześniej na wyposażeniu Wojska Polskiego. Z tego powodu aż do lat 60. XX w. AK określany był w Polsce jako „pistolet maszynowy” (7,62 mm pmK – 7,62 mm pistolet maszynowy Kałasznikowa), a dopiero potem zaczęto klasyfikować go jako karabinek (7,62 mm KBK AK – 7,62 mm karabinek AK). Dzięki swojej popularności karabinek Kałasznikowa stał się z czasem ikoną popkultury. Wykorzystywany jest w licznych filmach oraz grach komputerowych. Powstał nawet utwór muzyczny „Kałasznikow”.

kbk ak z wyposażeniem
Dane techniczne
Kaliber → 7,62 mm
Nabój → 7,62 × 39 mm wz. 43
Magazynek → łukowy 30 naboi
Długość → 870 mm (z kolbą stałą) oraz → 875/645 mm (z kolbą składaną)
Długość lufy → 415 mm
Długość linii celowniczej → 378 mm
Masa broni → 3,8 kg (z pustym magazynkiem) oraz → 4,3 kg z pełnym magazynkiem
Prędkość początkowa pocisku → 715 m/s
Szybkostrzelność teoretyczna → 600 strzałów/min
Szybkostrzelność praktyczna → 40–100 strzałów/min
Zasięg maks. → ok. 1000 m
Zasięg skuteczny → ok. 400 m (pojedynczo do „popiersia”) i ok. 150 m (serie).
zestaw do czyszczenia broni
Wyposażenie dodatkowe karabinka AK to: bagnet 6H2, parciany pas nośny, wycior (umieszczony pod lufą).
Przybornik z narzędziami do rozkładania i konserwacji: przecieracz, przebijak, kluczyk-wkrętak, szczoteczka do konserwacji przewodu lufy i komory gazowej, olejarka dwukomorowa.
oliwiarka do broni
Z tej wiedzy należało pamiętać parametry, budowę (nazwę poszczególnych elementów). Jednak najważniejsze było opanowanie rozkładania i składania broni na czas oraz właściwe czyszczenie i konserwacja. O celnym strzelaniu już nie wspomnę.
Dowódca przekazał nam, że z „Bronią” trzeba się obchodzić jak z ukochaną dziewczyną, delikatnie, czule i chroniąc ją przed upadkiem oraz nie spuszczać z niej oka.

Po kolacji zbiórka plutonami przed magazynkiem z bronią. Pobieramy broń i mamy zapamiętać na wieki jej numer. Czekamy z bronią na korytarzu, aż cały pluton ją pobierze.
Następnie na korytarz przynosimy taborety i kładziemy na nich broń. Wykładowca pokazuje nam po kolei jak rozkładać broń i każdy element, objaśnia, do czego służy. Po rozłożeniu składa ją ponownie, a my uważnie obserwujemy. Następnie bierzemy swoją broń i patrząc na wykładowcę, rozkładamy ją pomału i składamy. Robimy to kilkakrotnie, żeby zapamiętać co i jak. Na razie robimy to pomału, ale wykładowca zapowiedział nam już, że z czasem będziemy to robić na czas. Następnie dostaliśmy instrukcję, jak należy czyścić i konserwować powierzoną nam broń.
W czasie czyszczenia nastąpił głuchy odgłos tak jakby strzał. Skóra mi ścierpła, ale okazało się, że komuś jakiś element upadł.
Przełożony zaraz wychwycił przestraszonego kota. Co to qwa za kalectwo. No i dostał nagrodę w postaci dodatkowej nocnej pracy. Trzeba uważać, bo za byle co noc nieprzespana. Chociaż można podpaść za nic, np. nie spodoba się komuś spojrzenie lub dla jaj albo dla kaprysu dostanie się przydział na docieranie charakteru żołnierza.
Po czyszczeniu zdajemy broń do magazynku. Przed capstrzykiem sprzątanie rejonu, mycie i teoretycznie spanie, bo nie wiadomo co może nastąpić po minucie od zgaszenia światła na sali. Aha, Ci co mieli łazienkę do sprzątania, musieli jeszcze ją raz ogarnąć po naszym myciu.

środa, 15 stycznia 2025

Poligon

Druga sobota, rano trzepanie koców, musztra w czasie przemarszu na posiłki, rejony, czas na przepłukanie ubrania po piątkowych ćwiczeniach na poligonie. W naszym budynku koszarowym od 1978 roku były już grzejniki C.O, które dzisiaj lepiej grzały i suszyliśmy na nich ubrania. Gorzej było z butami, bo przez noc na korytarzu nie zdążyły jeszcze dobrze wyschnąć. Wg mnie pobór do wojska jesienią wymagał więcej trudu, niedogodności i niekomfortowych warunków związanych z zimnem, wilgocią, błotem. Ta sobota była w miarę spokojna. Zaliczyliśmy kilka zbiórek na drewnianych schodach prowadzących na strych i przed budynkiem. Nogi nieprzyzwyczajone do biegania po schodach zareagowały usztywnieniem mięśni. Niedziela też była na luzie, oczywiście swoje trzeba było zrobić.

W poniedziałek od rana mieliśmy „Sajgon” na poligonie.
Przez Lędowski poligon przepływał strumyk, woda w nim miała lekko rdzawy kolor i nazywaliśmy rzeczkę - „Żółtą Rzeką”. Kilkakrotnie ćwicząc „natarcie”, zmuszeni byliśmy pokonać „Żółtą Rzekę” przeskakując ją. Jednym to się udawało, inni lądowali w wodzie i mokrzy ślamazarnie wspinali się na brzeg. Następnie czołganie się przez pola ryżowe.
Co to takiego pola ryżowe? Były to tereny podmokłe i wszędzie tam rosło sitowie. A jak padało to większość terenu była w wodzie.

Po ćwiczeniach, a raczej docieraniu i ujeżdżaniu kociarstwa wracaliśmy do koszar na obiad. Maszerowaliśmy w szyku zwartym czwórkami, brudni, mokrzy i nieludzko zmęczeni a w butach chlupała woda. Koledzy, którzy podpadli w czasie ćwiczeń biegali dookoła maszerującego plutonu, licząc na głos kolejne okrążenia. I biada temu, co się pomylił w liczeniu, wtedy zaczynał wszystko od początku. Oczywiście marsz do miejsca zakwaterowania był połączony ze śpiewaniem, a jak śpiew nie wychodził no to bieg i tak do znudzenia.

Przed przybyciem do budynku kompanii trzynastej zatrzymaliśmy się przed hydrantem (każdy pluton przy innym), żeby umyć buty z błota. Woda się lała na nasze już i tak mokre buty, wobec tego nie było co się bawić w ostrożne mycie. Nogi zdążyły się już rozgrzać, ale jak bardzo zimna woda wleciała do butów, to można było się posikać.
Dowódca poradził nam, żeby moro też opłukać pod wodą, bo na kompanii nie ma warunków do zrobienia prania. Tak zrobiliśmy, chociaż nie było to łatwe, żeby był, chociaż podłączony jakiś wąż. Ponownie dowiedzieliśmy się, że w wojsku nie ma rzeczy niemożliwych.
Należało pochylić się pod hydrantem i woda lała się na plecy, potem rękami trzeba było chlupnąć parę razy na przód ubrania. Należało robić to szybko, bo z zimna można było się pos..ć. Sekundy trwały w nieskończoność. Stałem jak mokra kura, a woda ciekła, robiąc kałuże. Po tym zabiegu biegiem ruszyliśmy do koszar po suche ubranie, bo jesteśmy ubłoceni jak prosiaki i pójdziemy do łaźni.

W łaźni czasu na mycie też nie było za dużo, ledwo zdążyliśmy spłukać pianę z mydła i już zarządzono koniec kąpieli. Miło było założyć suchą bieliznę i moro, ale suchych skarpet ani onuc prawie nikt nie wziął. Przykro było zakładać mokre skarpety na czyste nogi, zresztą buty też były mokre.
Na kompanii mokre moro przepłukaliśmy w umywalkach i wywiesiliśmy na sznurkach przed budynkiem, a wieczorem położyliśmy na grzejnikach, które ledwo grzały. Grzejników było mało i na jednym teoretycznie suszyło się kilka kompletów. Rano efekt był taki, że były jeszcze wilgotne.
Wymarsz na kolację w mokrych butach i suchych skarpetach tylko trochę pomógł, bo za jakiś czas skarpety naciągnęły wilgocią. Mogliśmy przecież iść w trampkach, ale nie byłoby mocnego tupania. Oczywiście przemarsz był zarazem musztrą kroku defiladowego i nauką śpiewu.
Po kolacji czyściliśmy buty, sprzątaliśmy rejony. Udało mi się jeszcze raz umyć nogi i założyć suche skarpety. Buty częściowo osuszyłem onucami, których nie zdążyłem uprać przed kolacją.
Dziennik telewizyjny i walka z zamykającymi się oczami. Chwilę wolnego wykorzystaliśmy na osuszanie butów papierem z gazet. Zdążyłem jeszcze przeprać onuce i skarpety, które mocno wykręciłem, bo na salach było chłodno. Rejony, sprawdzenie stanu osobowego i capstrzyk. Byliśmy cholernie zmęczeni i szybko usnęliśmy.
Nie na długo, bo przed północą ogłoszono alarm. Pierwsze co należało zrobić to zaciemnić okna kocami, a dopiero potem się ubierać. Za moment ogłoszono zbiórkę z pełnym wyposażeniem oraz spakowanym plecakiem. Oczywiście było kilku spóźnialskich.
Sprawdzano nam plecaki czy wszystko spakowaliśmy. Oczywiście, że nie. Wskazano nam popełnione błędy i udzielono nam kilka wskazówek. Odwołano alarm i wróciliśmy do sal spać. Musieliśmy od nowa układać przedmioty i rzeczy w szafkach.

Położyłem się spać i się zastanawiałem czy zaraz nie wpadnie podoficer sprawdzić ułożenie w szafkach, a może buty na korytarzu. Słyszałem już, że żołnierz nie może mieć za dużo czasu na myślenie, ale to ganianie to już przesada. Dzisiejszy dzień był koszmarem dla ciała i ducha. Nasłuchując krzyku lub głosu rozwalanych butów, ponownie usnąłem.
Usłyszałem jakieś głosy, pobudka, pobudka, pobudka, wydawało mi się, że śnię i leżę dalej. Przecież dopiero co się położyliśmy. Nagle drzwi do sali otworzyły się z trzaskiem. Co jest kociarstwo, nie słychać było pobudki. Czekacie na specjalne zaproszenie czy na mamusię, która cichutko was obudzi? Zdałem sobie sprawę, że tak jak ja nikt nie zareagował na pobudkę.

niedziela, 15 grudnia 2024

Dzień słonia, pola ryżowe i Żółta Rzeka

Pobudka, zaprawa, porządki i wymarsz na śniadanie. Powrót do koszar i zbiórka w dwuszeregu przed budynkiem z ubraniem przeciwgazowym i maskami p.gaz. Dzisiaj nietypowo "Dzień Słonia" (ćwiczenia chemiczne) w piątek zamiast (czwartku - święto 1.11.1979) na poligonie Lędowo — rzucił z uśmieszkiem d-ca plutonu.

W międzyczasie kolega powiedział nam, żeby nie wychylać się z pytaniami, bo on za te o pola ryżowe i rzekę czyścił schody na strych do drugiej w nocy.
Z dwuszeregu z postawy zasadniczej na komendę „W czwórki, w prawo – ZWROT” stworzyliśmy kolumnę czwórkową. Maszerując w czwórkach, wybijaliśmy rytm, tupiąc równo butami po kostce brukowej CSSMW. Dźwięk uderzeń odbijał się echem w powietrzu, tworząc swoisty rytm, który towarzyszył nam podczas marszu. Torby z odzieżą ochronną L-1 oraz torby z maskami pgaz-dym, zwane potocznie „słoniem”, luźno przewieszone na krzyż przez pierś marynarzy, dyndały w czasie marszu, dodając nieco ciężaru, ale i charakteru całej formacji. Chełm na głowie dokuczał mi niemiłosiernie. Słabo go zapiąłem, więc co chwilę zsuwał się na oczy, bok lub do tyłu, utrudniając widoczność i skupienie. Mimo to starałem się nie dać po sobie poznać, że przeszkadza mi tak błaha rzecz. Saperka, przyczepiona do pasa, tłukła się o nogę, a każdy krok był uciążliwy. W miarę upływu czasu zmęczenie zaczynało dawać się we znaki, ale wiedziałem, że muszę trzymać się w ryzach. Wszyscy wokół mnie maszerowali, a każdy z nas miał swoje myśli i obawy.

Mat podał komendę: „Śpiew od czoła!”. Niestety, to dopiero pierwsze dni i śpiew tak samo, jak wszelkie zwroty w lewo, prawo, czwórki czy dwuszereg twórz, nie wychodził, tak jak by chciał nasz d-ca plutonu. Była to dla niego okazja rozgrzania nas i krzyknął: Bieeegiem! Wyżej wymienione torby utrudniały bieg. Biegliśmy ok. trzystu metrów, czwórki się załamały, zaczęło brakować tchu, gdy padł rozkaz: Równy krok! A po chwili: prawoskrzydłowy! Śpiew od czoła! I znowu nasz śpiew wyszedł jak kocia muzyka i zaliczyliśmy następną powtórkę z „rozrywki”: Biegieeem.

Brukowane uliczki zmieniły się w piaszczystą drogę i wyszliśmy na teren poligonu. Jeszcze tętno mi nie spadło, oddychaliśmy ciężko, gdy padła komenda: Pogotowie Gazowe! (przygotować tylko maski). No i się zaczęła droga przez mękę. Pośpiesznie wyciągaliśmy maski przeciwgazowe i za moment padła komenda: Gaz! I z problemami, bo jeszcze nie mieliśmy wprawy, zakładaliśmy maski na twarz. Ćwiczyliśmy na sucho, nie było żadnego zadymienia itp. Z marszu przechodziliśmy w bieg, całość była wzbogacona komendami: lotnik, kryj się lub granat z lewej, granat z prawej. Na każdą taką komendę rzucaliśmy się na glebę, najlepiej w jakieś zagłębienie. Gdzieś po kilometrze alarm gazowy został odwołany.

Ściągaliśmy maski, kaszląc, plując i wciągając głęboko w płuca świeże powietrze, bo smród gumy maski nie był przyjemny. Nastąpiła chwila odpoczynku. Siedzieliśmy w milczeniu, starając się zregenerować siły po trudach ostatnich godzin. Każdy z nas miał w oczach zmęczenie, ale też determinację. W oddali słychać było szum drzew i delikatny śpiew ptaków, które zdawały się ignorować naszą obecność. Pomimo chłodu było nam gorąco, ziemia piaszczysta i wilgotna, dobrze, że nie było deszczu. Przypomniałem sobie, jak jeszcze niedawno życie wyglądało zupełnie inaczej. Teraz wszystko się zmieniło. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania, a my musieliśmy znaleźć sposób, by przetrwać.

Zaraz po chwili odpoczynku zaczęliśmy się zbierać, żeby ruszyć dalej, w nieznane, z nadzieją na lepsze jutro. Otrzymaliśmy krótką instrukcję co mamy robić na odpowiednie komendy. Będziemy teraz ćwiczyć „pluton w natarciu” albo w „obronie”.
Na hasło „pluton w natarciu” biegliśmy z okrzykiem jak na ruskich filmach — hura, huraaa. Gdy wpadliśmy w teren błotka z rosnącym sitowiem (pola ryżowe) i z biegu na komendę czołganie przez pełzanie przechodziliśmy do czołgania. Próbując uniknąć kontaktu całego ciała z podłożem, czołgałem się na łokciach i kolanach. To była z jednych ulubionych zabaw dowódców, bo wyłapywali takich jak ja i dociskali nas nogą do podłoża. Dowódca tak docisnął mnie, że aż woda chlupnęła na boki i zmoczyła mi ....:). Czołgaliśmy się tam i z powrotem, a dowódcy zachęcali nas okrzykami: niżej dupy, szybciej, trzech ostatnich po kolacji dodatkowe prace. Nastąpiło przyśpieszenie i robiliśmy ślady pełzającego węża. Taki styl dowodzenia może być trudny do zniesienia, ale w kontekście treningu wojskowego, czasami wymaga się od uczestników maksymalnego wysiłku, aby przygotować ich na sytuacje w realnym działaniu.

Pozorowaliśmy atak, czołgając się i biegając w błocie tam i z powrotem zachęcani gromkimi okrzykami: Niżej dupy, dupy niżej! Szybciej, szybciej się ruszać koty przebrzydłe.
okopywanie się, poligon
Po natarciu nadeszła obrona, która polegała na okopywaniu się, ale teren został wybrany już inny. Ziemia była twarda z kępami trawy, myślałem, że da się trochę odpocząć, ale trzeba było szybko wykopać dołek, bo znowu trzech ostatnich będzie zaliczonych do dodatkowego docierania kotów. Okopać należało się tak, żeby mat ze swojej pozycji nie widział nas. Kopaliśmy, ziemię należało układać z przodu i po bokach.

Kopanie dołka w twardej ziemi to niełatwe zadanie, zwłaszcza w trudnych warunkach. Każdy z nas musiał działać szybko i sprawnie, wiedząc, że czas działa na naszą niekorzyść. Ziemię układałem z przodu i po bokach, aby zasłonić się przed wzrokiem mata. W miarę jak postępowałem z wykopem, starałem się być cicho, aby nie zwrócić na siebie uwagi.
W głowie miałem jeden cel – znaleźć chwilę wytchnienia. Musiałem jednak pamiętać, że muszę być czujny i gotowy do działania w razie potrzeby. Wiedziałem, że każdy ruch może mieć znaczenie, a dodatkowe docieranie kotów było dla nas nie tylko za karę, ale i oznaczało większy wysiłek w przyszłości.
Praca szła powoli, ale każdy centymetr wyjętej ziemi przybliżał mnie do celu. W miarę jak dołek się powiększał, czułem, że zyskuję na czasie. Miałem nadzieję, że uda mi się wykopać wystarczająco głęboko, aby w końcu znaleźć chwilę spokoju. Mimo trudności, myśli o odpoczynku dodawały mi energii do dalszej pracy. Nogi odpoczywały, ale ręce i płuca pracowały na pełnych obrotach, żeby tylko nie być jednym z ostatnich. Czułem już duże zmęczenie, w głowie kołatało się, żeby tylko wytrzymać. Dowódca zarządził odwrót, zbiórkę i czwórkami zaczęliśmy wracać do koszar.

Po paru minutach nastąpił teoretyczny atak gazowy, ale ochrona przeciwchemiczna była już pełna w postaci odzieży ochronnej L-1 zwanych kondonami i maski pegaz-dym. Tu również panował chaos i nieporadność w ubieraniu zabezpieczeń. Część z nas wyglądała jak ostatnie ofermy, temu wisiał pasek, tamtemu odłączyła się rura od pochłaniacza itd. Znowu zaczęło się bieganie, czołganie, padanie na komendy granat i lotnik. Maska zaparowała mi i ledwo co już widziałem. Forsowaliśmy jakiś strumyk czy rów z wodą do kolan (później dowiedzieliśmy się, że to „Żółta Rzeka”). Całe szczęście, że zaraz nastąpiło odwołanie ataku chemicznego. Nic już prawie nie widziałem, czułem spływający pot. Po zapakowaniu ubrań i masek w torby pluton uformował czwórki i ruszyliśmy z powrotem do koszar.
Podpadziochy wpadli na orbitę — biegali dookoła maszerującego plutonu, licząc na głos kolejne okrążenia. Zaliczyliśmy jeszcze kilka razy Lotnik! Kryj się! Rzucaliśmy się w przydrożne krzaki i zagłębienia. Wreszcie weszliśmy na brukowaną drogę centrum jednostki. Następnie zatrzymaliśmy się przy hydrancie i musieliśmy założyć odzież przeciwchemiczną w celu opłukania jej, ale już jej nie pakowaliśmy do toreb. Nieśliśmy ją luzem w rękach, żeby wysuszyć ją w koszarach.

Nareszcie dotarliśmy do budynku naszego zakwaterowania i na komendę „Rozejść” ruszaliśmy biegiem do budynku, tłocząc się i przepychając się w drzwiach wejściowych, żeby nie być ostatnim. Jednak tym razem żaden z dowódców nie zwracał na to uwagi, widocznie też byli zmęczeni. Na korytarzu i w salach pojawiły się plamy z wody i błota.
Już myślami siedziałem na taborecie, ale na sali gdzie spaliśmy czekała na nas niespodzianka w postaci „Lotnika”. Na środku sali leżał stos naszych koców, prześcieradeł, poduszek, ręczników i innych rzeczy osobistych. Ktoś z nas pewnie zostawił nierówno zasłane łóżko albo krzywo złożony ręcznik. To wystarczyło, żeby uczyć nas porządku. Szybko ponownie ścieliliśmy łóżka, układaliśmy nasze rzeczy tak, jak chcieli tego nasi przełożeni. Trzeba było się spieszyć, bo czasu było niewiele a obiad tuż, tuż, a tu trzeba jeszcze było wyczyścić buty i oczyścić jako tako moro oraz posprzatać korytarz i sale z tego co nanieślismy.

Przemarsz na obiad i z obiadu niczym się nie różnił od poprzednich. Tupanie, Śpiew od Czoła itp. Po obiedzie omówienie ćwiczeń i kilka punktów nauki z regulaminu.
Podoficer zarządził pięciominutową przerwę z przygotowaniem wyjścia do łaźni. Ucieszyło mnie to, bo po tygodniu mycia na czas każdy z nas był niedomyty. Często był dylemat, od czego zacząć myć, w pierwszym dniu zdążyłem umyć jedną nogę w umywalce. W następnych dniach już nabraliśmy wprawy w myciu nóg i ciała. Wkładaliśmy szybko do umywalki pod kran pojedynczo nogi, 2-3 sekundy i zmiana nogi bez wycierania, właściwie to było takie opłukanie. Przy takim myciu niektóre umywalki już ledwo wisiały. Szybko pod pachami, zęby, twarz, golenie zostawialiśmy na rano. Nie było sensu golić się o tej porze, bo rano jakimś cudem nasi d-cy zauważali, że nie jesteśmy dokładnie ogoleni. Chyba mieli mikroskop w oczach. Następnie padła komenda: „Biegiem do sal rozejść się” po suche moro, mydło, ręcznik i z powrotem przed budynek. Zabraliśmy suche moro po pachę i z powrotem biegiem przed budynek. Zastanawiałem się co będzie dalej. Padała komenda i ruszyliśmy tupiąc w nieznanym mi jeszcze kierunku. Zatrzymaliśmy się przed budynkiem łaźni, do którego mieliśmy wchodzić plutonami. Po rozebraniu zauważyłem, że mam brązowe nogi od wody z poligonu. Przed wejściem pod wodę, zdaliśmy brudne majtki i otrzymaliśmy nowe. Dostałem, takie reformy, że szok. Może jak następnym razem dostanę dobre, to już nie będę wymieniał, bo i tak pierzemy na kompanii. Woda pod prysznicem leciała na przemian zimna i ciepła, chyba tak specjalnie puszczali, żeby nas zahartować lub zażartować. W pierwszym dniu przyjęcia woda w łaźni była ciepła, a dzisiaj na początku parę chwil leciała letnia, przechodząc w lodowatą. Nie wiem, dlaczego tak było. Może specjalnie lub po prostu wszystką ciepłą wodę zużyła kompania przed nami.
Po kolacji znowu czyszczenie wyposażenia (saperki, torby, maski) i włożenie ubrań ochrony przeciwgazowej do toreb. Można dostać pierdolca jak w kieracie: pobudka, zaprawa, rejony, rejony, maszerowanie i znowu sprzątanie, zbiórki, zbiórka na dziennik telewizyjny.

Dzisiaj na dzienniku telewizyjny po wyczerpującym dniu co chwila jakiś marynarz leciał zmoczyć głowę lub obrywał mokrą, brudną szmatą, co wywoływało radosny śmiech podoficerów. My też śmialiśmy się po cichu, bo jak któryś roześmiał się głośniej, to zaraz słyszał. Co z kolegi się młody śmieje i też leciał zmoczyć głowę lub dostawał dodatkową pracę. Czasami ten, co moczył głowę, miał luz od sprzątania, a ten, co się śmiał, robił swój rejon i tego kolegi. To wszystko zależało od humoru naszych przełożonych i ich pomysłowości w myśl zasady, wojsko nie może się nudzić. Te pierwsze dni w armii zwiastowały, że jeszcze wydarzy się dużo niespodziewanych akcji.

Po dzisiejszych ćwiczeniach doszedłem do wniosku, że umiejętność dostosowania się i przetrwania w trudnych warunkach staje się kluczowa. Już wiem, że czas w wojsku to nie tylko wyzwania fizyczne, ale także emocjonalne, nad którymi trzeba panować.
Dzisiaj był to bardzo intensywny dzień. Po ogłoszonym capstrzyku padliśmy na wozy jak rażeni piorunem. Jeszcze zanim usnąłem, któryś zrzucił, że w czasie biegania w maskach odłączyła mu się rura i oddychało mu się dużo lżej, prawie jakby nie miał założonej maski.

sobota, 7 grudnia 2024

Kolejne dwa dni, zapowiedź pól ryżowych i żółtej rzeki

Następne dwa dni na kompanii 13 - tej wyglądały podobnie z jednym wyjątkiem, ale o tym później. Dzień rozpoczynał się od pobudki o szóstej rano. D-ca drużyny wpadał na salę i wrzeszczał: pobudka, pobudka wstawać kociarstwo!
Zaraz wyrobię Wam kocie ruchy. Zbiórka na korytarzu do zaprawy porannej! Strój taki sam jak wczoraj. Zrywaliśmy się z ciepłych łóżek, szybko wskakiwaliśmy w strój do zaprawy i gnaliśmy pędem na korytarz, ustawiając się w dwuszeregu. Niektórzy z pośpiechu zaplątali się w swoje gacie, bo nie chcieli być ostatnimi. W zależności od humoru i potrzeb, dwóch, trzech, pięciu ostatnich na zbiórce otrzymywało dodatkowe prace poza kolejnością. Miały one poprawić sprawność i szybkość ubierania się. Po zaprawie, mycie, ubieranie się, ścielenie łóżek i sprzątanie rejonów.

Bardzo głośne komendy naprężały nam mięśnie i znowu pędziliśmy na złamanie karku, żeby zdążyć na zbiórkę przed budynkiem kompanii, poprzedzającą wyjście na śniadanie. Padały komendy do wymarszu i dziarsko czwórkami maszerowaliśmy w kierunku stołówki. Do stołówki maszerowaliśmy całą kompanią z przerwami między plutonami. Do pokonania było jakieś kilkaset metrów i po kilku minutach szybkiego marszu z treningiem kroku defiladowego (komenda Baczność!), a na komendę „Spocznij” - równy krok. Każdy krok wyczuwalny był na podłożu, jakby ziemia sama poddawała się rytmowi marszu. Na komendę kompania „Stój”, ostatnie trzy kroki z przybiciem. Czasami się zdarzało, że ktoś wlazł na drugiego i znowu dostawał pajdę (dodatkowe zajęcie lub indywidualny trening zatrzymywania się w szyku).

Przed budynkiem stołówki staliśmy nadal w szyku, czekając na komendę wejścia do środka. Dowódca podawał komendę: Spocznij! Do środka! Po schodach wchodziliśmy do budynku i stawaliśmy naprzeciw swoich miejsc przy stole, czekając na dalsze rozkazy. Mat krzyknął: Siad! I w tym momencie wolno nam było siadać za stołami. W praktyce wychodziło to nierówno i padała komenda „Wstać”! „Siad”! „Wstać”! „Siad”! Gdy wyszło to w miarę równo, czekaliśmy, aż pozwoli nam jeść. Komendy, takie jak „siad” czy „wstań”, wskazują na konieczność posłuszeństwa i koordynacji w grupie. Padała komenda: Smacznego! Szybko łykaliśmy to, co ojczyzna dała na śniadanie, bo czas posiłku był bardzo ograniczony. Po kilku minutach padało hasło: Kończyć jedzenie. Była to zapowiedź, że za minutę lub dwie padnie komenda: Koniec jedzenia, Wychodzić!. Dlatego należało jeść szybko, żeby zdążyć coś tam więcej chapnąć.

Po śniadaniu odczuwaliśmy głód i do kieszeni włożyliśmy kawałki chleba i żeby nie podpaść, szybko biegliśmy na zbiórkę kompanii przed stołówką. Na zbiórce dowódcy zauważyli wypchane boczne kieszenie spodni i trzeba było chleb wyrzucić, aż z żalu w brzuchach zaburczało. To fragment, który przywołuje wspomnienia z czasów, gdy codzienne życie było pełne prostych, ale znaczących chwil. Wspólne posiłki, zbiórki i zasady, które trzeba było przestrzegać, tworzyły atmosferę dyscypliny, ale i tęsknoty za domem. Wyrzucenie chleba, który miał być ratunkiem na później, symbolizuje nie tylko wyrzeczenie, ale także poczucie straty.

Powrót na kompanię ze śniadania wyglądał tak samo, jak wyjście na to śniadanie. Na kompanii znowu krótkie sprzątanie rejonów, a następnie zbiórka na szkolenie chemiczne.
odzież przeciwchemiczna, L-1
To było coś nowego, zajęcia na sali, na które przynieśliśmy ubrania przeciwchemiczne L-1 i maski pgaz-dym. Najpierw były zajęcie teoretyczne o gazach bojowych (iperyt, luizyt, kwas pruski itp.). Następnie praktyczne zakładanie ochronnej odzieży przeciwchemicznej i maski pgaz-dym. Odzież należało zakładać dokładnie, żeby zapewnić jej jako taką szczelność (konstrukcja tego ubrania nie zapewniała 100% szczelności), tak samo maskę. Na początku sprawiało to kłopot, szczególnie założenie maski. Wykładowca kilkakrotnie zwracał nam uwagę, żeby przed założeniem maski, pamiętać o wyjęciu korka zabezpieczającego pochłaniacz maski.

Po zajęciach wymarsz na obiad, który nie różnił się niczym od marszu na inne posiłki. Szliśmy jak zwykle szykiem zwartym. Przed stołówką czekaliśmy na zezwolenie wejścia. Znowu padały komendy: siad, wstać, siad, kończyć jedzenie, koniec jedzenia. Powrót na kompanię i po obiedzie różne zajęcia: nauka regulaminu, docieranie kotów i tak do kolacji. Po kolacji trochę czasu na układanie w szafkach i porządki. Na okrągło jechanie rejonów i skakanie na zbiórki, ustawianie butów, meldowanie, salutowanie i tak w koło Macieju. Cykliczne „jechanie rejonów”, „skakanie na zbiórki” oraz inne aktywności pokazują, że życie w grupie wymagało ciągłej gotowości i zaangażowania. Taki styl życia, mimo że może wydawać się monotonny, miał na celu budowanie charakteru, współpracy i umiejętności organizacyjnych.

Następny dzień środa wyglądał tak samo, ale dowiedzieliśmy się, że w czwartek powinien być dzień słonia, ale jest to święto 1.11.1979. W czasach PRL-u komuniści próbowali temu świętu nadać charakter świecki i dzień 1 listopada zaczęto nazywać Świętem Zmarłych, Dniem Zmarłych lub Dniem Zmarłych i Poległych zamiast Wszystkich Świętych. Wobec tego ćwiczenia na poligonie zostały zapowiedziane piątek. Ma to być wycieczka na Pola Ryżowe i nad Żółtą Rzekę. Jeden z nas zapytał się co to za rzeka i te pola. Mat chyba tylko na to czekał. Nie mogę tego powiedzieć, bo to tajne, ale w celu uchylenia rąbka tajemnicy, zapraszam pytającego po godzinie 22 - giej. No i po capstrzyku przyszedł po niego podoficer. Nie wiem, kiedy wrócił, bo już zasnąłem. 1 listopada wszystko wyglądało tak jak w niedzielę. Porządki, musztra w czasie chodzenia na posiłki, itd.

czwartek, 28 listopada 2024

Poniedziałek, piąty dzień

Pobudka, pobudka przeraźliwie głośno skrzeczący głos przebija się jak z zaświatów. Ktoś zapala światło i zaczyna się piąty dzień na 13 - tej kompanii. Ten sam głos ogłasza strój na zaprawę: badenki (szorty), koszulka i trampki. Zarzucamy pościel na tył łóżka, z otwartych okien czuć chłód. Jeszcze się nie rozbudziłem, a już ogłaszają zbiórkę przed kompanią na zaprawę.
Na szybko zakładam trampki, rzucam na siebie koszulkę i w pośpiechu biegnę w stronę wyjścia. Bieg, bieg, biegusiem mi tu, wypad z prędkością światła, takie teksty towarzyszą nam w czasie pędzenia na złamanie karku po korytarzu. Byle nie być ostatnim, bo w przeciwnym wypadku będzie „nagroda”. Na zewnątrz wita nas poranny chłód i drobniutki deszcz, który dosłownie ożywia. Po chwili stoimy się w jednym miejscu, a nasze oddechy tworzą małe chmurki pary. Ten sam skrzeczący głos, już czeka na nas z zegarkiem w ręku. Jego spojrzenie przeszywa na wylot, a wszyscy wiedzą, że nie ma miejsca na taryfę ulgową.
Wkurzająca muzyczka już zaczyna swoje rym tym tym. Mat wydziera się: w dwuszeregu zbiórka i czwórki w prawo zwrot. Zapanował chaos z powodu niepoprawnej formacji, z czwórek wyszła nawet jedna piątka i trójka. No niezłe z Was talenty, śmieje się mat, ale Ci z tej piątki i trójki zgłoszą się do mnie po 15 - tej, będziemy ćwiczyć zwroty.

Ruszamy ostro w rytm tej cholernej muzyczki, która trzeszczy, aż uszy bolą. Po pięciu minutach już nie czuję zimna, bieg, truchcik, żabki i kaczuszki zrobiły swoje. Na dodatek rozwiązała mi się sznurówka, dobrze, że już w czasie powrotu i blisko kompanii. Musiałem tylko uważać, żeby nie zgubić trampka lub jej nie przydeptać samemu, lub przez kolegę obok, bo wywrotka byłaby murowana. Zatrzymanie się, żeby zawiązać buta, skutkowało dodatkową pracą lub inną rozrywką wymyśloną przez podoficerów.

Po zaprawie toaleta, ścielenie łóżek, szybkie porządki i zbiórka do wyjścia na śniadanie. Dowódca drużyny sprawdza dokładność ogolenia. Kilku zostaje wytypowanych do poprawki. Minuta, czas, start, biegiem. Nie dogoleni wyrywają, aż idzie dym z zelówek. Mat patrzy na zegarek i mówi, są następni do prac poza kolejnością. Drzwi budynku kompanii otwierają się z hukiem i wypada grupka pozacinana na twarzy. Jeden szczególnie rzuca się w oczy, bo krew prawie leje się ciurkiem. Mat patrzy na niego, no brzytwa wyglądasz, jakbyś wrócił z wojny. I tak kolega został z pseudonimem „brzytwa” do końca kursu w CSSMW.
Pozostała część dnia wyglądała podobnie jak w piątek. Musztra, docieranie kotów na rejonach, dodatkowe informacje i ogłoszenia, nauka regulaminu oraz w nagrodę dla podpadziochów dodatkowe prace. Z perspektywy czasu nie pamiętam wszystkich detali, ale chwile pełne adrenaliny i współzawodnictwa, żartów, na zawsze pozostaną w pamięci.

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

Pierwsza niedziela w CSSMW - 28.10.1979 rok

Budzę się, jest jeszcze ciemno. Nie mam zegarka i nie wiem, która jest godzina. Usypiam ponownie lekką drzemką, przygotowany na pobudkę i zaprawę. Nie ma darcia pobudka, pobudka, tylko głośne wstajemy, przygotowanie do wyjścia na śniadanie.
Ktoś zapala światło w sali. Ktoś mówi, że jest siódma godzina. Jesteśmy mile zaskoczeni, że godzinę później wstaliśmy. Zarzucamy majdan (pościel) na tył łóżek i otwieramy okna, czuć napływający chłód. Na toaletę mamy więcej czasu. Kompania, biegiem zbiórka przed budynkiem.
Maszerujemy na stołówkę, ćwicząc po drodze równy i defiladowy krok oraz śpiew. Przed stołówką czekamy w czwórkach i w odpowiednim momencie stopniowo przesuwamy się po schodkach. Mamy więcej czasu na śniadanie. O ilości i jakości posiłków napiszę później w osobnym temacie. Ze śniadania przemyciłem dwie kromki do kieszeni, pomimo że słyszałem, że nie należy nic wynosić ze stołówki. Po śniadaniu wracamy do koszar, oczywiście szlifujemy kostkę brukową, ćwicząc tupanie.

Na kompanii porządkowanie rejonów, czyszczenie obuwia w czasie na papierosa i przekazywane nowe dla nas informacje na świetlicy dotyczące regulaminów oraz o innych zadaniach organizacyjnych. Następnie mat mówi nam, że możemy pisać listy, które możemy wrzucić do skrzynki przy poczcie. Fajnie, tylko nikt nie ma czym i na czym pisać. Matowie dają nam trochę własnych materiałów (papier, koperty, długopisy), ale nie wystarcza dla wszystkich. Jeden mat każe dwóm marynarzom zebrać zamówienia i pójdzie z nimi na pocztę, bo sami nie możemy poruszać się po jednostce. Listy napisane i wysłane.
Po obiedzie chwila wolnego na taboretach i znowu poprawianie rejonów oraz dopieszczanie porządku w szafkach i sprawdzanie przez mata czy nikt nie leży (leżał) na łóżkach. Po kolacji oglądanie dziennika telewizyjnego, sprzątanie rejonów i toaleta przed capstrzykiem.

Światła pogaszone, leżymy i dzielimy się wrażeniami. Wszyscy mówią, że nie jest tak źle, zapominając, że to dopiero czwarty dzień i jest niedziela. Chyba za głośno było na sali, bo wpadł mat.
Co, wojsku nie chce się spać? Pierwsze i ostanie chińskie ostrzeżenie. Radzę się dostosować. Jeszcze trochę pogadaliśmy, ale bardzo cichutko, bo nie chcieliśmy mieć niespodzianki.

czwartek, 15 lutego 2024

Sobota, 27.10.1979 rok

Pobudka, pobudka. Nie słychać nic o przygotowaniu do zaprawy. Do sali wchodzi mat, a my nic. Tłumaczy nam, że najbliżej stojący ma meldować stan sali. Stan musi się zgadzać. Dokładnie wie, ilu nas jest, ale bywały już różne historie. Każe nam zdjąć koce z łóżek, otworzyć okna do wietrzenia sali. W soboty nie mamy zaprawy, jest trzepanie koców i generalne porządki.
Wydaje polecenie, na korytarzu z kocami w dwuszeregu zbiórka. Stoimy w dwuszeregu na korytarzu. Biegiem przed budynek trzepać koce. No to ruszamy. Co to qwa jest, to jest świński trucht, a nie bieg. Wracać, w dwuszeregu zbiórka. Startujemy od nowa, tym razem rwiemy do przodu ile sił mamy w nogach. Przed budynkiem w parach trzepiemy koce, trochę się z nich kurzy. W czasie trzepania ze swoimi kocami wychodzą dowódcy (podoficerowie). Myślę sobie, że zaraz będziemy tarmosić ich koce. O dziwo, sami to robią. Z jednego koca wali tyle kurzu, że chyba rok minął od poprzedniego trzepania, parskamy śmiechem. Ooo, qwa, kociarstwu śmieszno jest. Odłożyć koce i trzy razy biegiem wokół budynku.

Po tym dodatkowym treningu biegowym, mamy wracać (biegiem) na salę pościelić łóżka. Sprzęt do spania to metalowe łóżka z materacami, które sądząc po wyglądzie wiele już przeszły. Poduszka też nie pierwszej świeżości. Zagłówki też brudne i poplamione. Na materac należy założyć prześcieradło, przykryć go kocem, który należy wyprasować na gładko taboretem. Nie może być żadnych załamań, zmarszczek i zagnieceń, ma być równo jak na stole. Drugie prześcieradło należało złożyć w taki pas o szerokości ok. 30 cm i ułożyć go w nogach łóżka, wsuwając jego końcówki pod koc. Mat sprawdza dokładność równości ułożonych koców. Marudzi, że to nie jest to i powinien zrobić samolot, ale dzisiaj jest sobota i musimy wyrobić się ze sprzątaniem rejonów. Mycie, golenie to kolejny rytuał warty opisania, ale to później.

Wymarsz na śniadanie. Oczywiście w czasie przejścia na stołówkę ćwiczymy równy krok, defiladelowy krok oraz przybijanie. Na kompanii rozchodzimy się do sal. Jeszcze nie zdążyłem usiąść, gdy z korytarz słychać, strzelec, strzelec. Siadamy na taboretach, bo na łóżku nie można. Nagle drzwi otwierają się z impetem, wpada mat, co do h..a z wami nie tak, wszyscy głusi? Nie było słychać strzelec. No było słychać, ale o co chodzi? Kocie, stań na baczność, zamelduj się i dopiero pytaj. Dzisiaj Wam daruję. Na hasło „strzelec” jeden kot wypada z sali na korytarz, na hasło „zmiana strzelca”, w tym samym czasie pierwszy strzelec biegiem wraca i wyskakuje następny. Miau, miau, miau, zrozumiało. Tak jest obywatelu mat. Wychodzi, zamyka drzwi i się drze — strzelec. Jeden z nas wypada na korytarz. Zmiana strzelca! Pierwszy wraca, drugi wyskakuje. I tak do znudzenia. W czasie tych zmian często mijaliśmy się w drzwiach, co powodowało obijanie futryny (ościeżnicy) drzwi, aż sypał się tynk. Po kilku takich wyskokach mieliśmy pełno siniaków. Za brak płynności w zmianie strzelca, czekał dodatkowy rejon do sprzątania. Wreszcie kończy bawić się strzelcami, ale zaraz się drze, kompania zbiórka na korytarzu. Wyskakujemy na korytarz, przy drzwiach sal stoją podoficerowie i wychwytują ostatniego wychodzącego.

Stoimy plutonami i dostajemy przydział rejonów. Mat informuje, że Ci, co byli ostatnimi, będą mieli dodatkowe atrakcje. Do sprzątania jest korytarz, klatka schodowa, schody na strych, świetlica, sale sypialne, łazienka i toalety, magazynek gospodarczy, suszarnia, rejon zewnętrzny itd. Instrukcje sprzątania dostawaliśmy w trakcie prac. W sali sypialnej trzeba było taborety położyć na łóżka, pomyć okna, zetrzeć kurze z szafek, łóżek i ze wszystkich zakamarków oraz pajęczyny. Na koniec szorowało się na mokro podłogę (płytki PCV). Podłogę wycieraliśmy szmatami na mokro, wszedł mat, spytał, dlaczego tak się tu kurzy i wylał wiadra z wodą po całej sali. Teraz szorować aż powstanie piana. Widocznie mało było proszku, bo woda nie chciała się pienić. Szybko przejechaliśmy podłogę szczotkami i zebraliśmy wodę przed przyjściem sprawdzającego. Okazało się, że zostały ślady z podeszew butów na płytkach PCV, takie ryski. Z tymi ciemnymi smugami był kłopot, bo wodą z płynem nie szło ich usunąć. Pomogła pasta do zębów. Jeden z nas zameldował podoficerowi zakończenie sprzątania sali sypialnej. Przyszedł, kolega zameldował mu — obywatelu mat, marynarz taki i taki melduje stan sali jeden plus 5 - ciu marynarzy zakończyło sprzątanie. No dobra, wyprasujcie wozy, bo zostały ślady po taboretach. Można wyjść zapalić. O kurde, już myślałem, że znowu coś wymyśli. Ja nie paliłem, ale też wyszedłem i udawałem, że palę, bo słyszałem, że kto nie pali, to dostaje robotę. Na palarni opowiadaliśmy swoje spostrzeżenia. Co działo się na innych rejonach, to wiem tyle, co widziałem: korytarz w pianie, w łazience na posadce jakiś ceglany kolor. Naprawdę dużo i szybko się dzieje. Nie ma czasu na myślenie, a to dopiero początek.

Zbiórka na obiad, maszerujemy, tupiąc po bruku. Przed stołówką stoi już I pluton naszej kompanii. Czwórkami po schodach zbliżają się do upragnionej michy. Za nim my wejdziemy minie parę minut, a w brzuchu burczy mi coraz bardziej. Mat przypomina, że gdy on wyjdzie z obiadu, to już pluton ma stać w dwuszeregu oraz mówi, żeby nie wynosić chleba w kieszeniach. Po obiedzie znowu nauka chodzenia i znowu staję się głodny.
Po powrocie mamy zbiórkę na świetlicy. Wstępne szkolenie z regulaminu oraz inne informacje związane harmonogramem dnia. Dowiadujemy się, że jesteśmy na kompanii, która szkoli przyszłych podoficerów na dowódców drużyn. Po ukończeniu kursu część z nas zostanie w Ustce na dwa lata. Jako przyszli dowódcy mamy znać regulamin i dawać przykład innym. Podoficerska Szkoła Strzelców Morskich tak zwani Apache zobowiązuje do wysokiego poziomu wyszkolenia. Po zebraniu, Ci co podpadli, zostają do uporządkowania świetlicy.

Na kolację i z kolacji przemarsz z uczeniem maszerowania. Po kolacji poprawa rejonów, pastowanie butów na zewnątrz budynku oraz ustawianie ich równiutko na korytarzu przed salami. Siedzimy w sali, krzyk — zbiórka na korytarzu. Tym razem w drzwiach tłoczno, mało futryna nie wyleciała, bo pamiętamy, że ostatni będzie miał bonus. Stajemy w dwuszeregu naprzeciwko ustawionych butów. Chyba są dobrze ustawione, bo stoją w szeregu. Mat ma długą listwę, już zaczynam się bać, po co mu ona. Pyta nas, czy buty są ustawione równo, wg nas, tak. Mat udowadnia nam, że są źle ustawione. Przystawia tę listwę do czubków butów i widać, że nie każde buty ją dotykają. Przybiera pozycję jak do strzelania karnego i robi demolkę naszego trudu. Mówi, że buty mają być ustawione w prostej linii, dlatego należy je ustawić wg rozmiaru. Całe szczęście, że nikt u nas nie miał rozmiaru kajaka i udało się je ustawić dla zadowolenia naszego dowódcy.

Następnie zostaliśmy „zaproszeni” na dziennik telewizyjny. Kilku z nas musiało wrócić po taborety. Mamy siedzieć i oglądać, jeżeli komuś się przyśnie, to będzie miał niespodziankę. Po paru minutach oczy same się zamykają, pilnujący nas podchodzi do śpiocha i polewa go wodą. Śmieją się podoficerowie i my. No kociarstwo, śmiejecie się z kolegów? W czasie dziennika śmiech wam nie przysługuje i lu wodą na nas. Po dzienniku wyłapani senni, zostają do posprzątania świetlicy. Mamy czas na poprawienie równego ustawienia przedmiotów i w odpowiedniej kolejności w szafkach. We wszystkich szafkach ma być tak samo. Mycie na czas przed capstrzykiem. Po myciu kilku poprawia rejon łazienki i toalet. O 22.00 podoficer ogłasza capstrzyk. Światła gasną i kładziemy się do łóżek. Rozmawiamy po cichu. Mówimy o swoich spostrzeżeniach, odczuciach. Na razie jesteśmy jak dzieci we mgle, oszołomieni, w głowach panuje chaos, dezorientacja, w koszarach znamy tylko teren prowadzący do stołówki, nawet budynek naszego zakwaterowania kryje wiele zagadek. Rozmawiamy i czekamy, co zaraz się wydarzy. Mija trochę, ale nikt nas nie atakuje, widocznie w sobotę wieczorem nasi dowódcy mają lepsze rozrywki. Zasypiam.

poniedziałek, 26 lipca 2021

Drugi dzień w CSSMW - piątek

Słyszę jakieś krzyki, pobudka, pobudka. Chyba mi się śni. Co jest qrwa koty, nie rusza wasz. Wstawać kociarstwo, pobudka. Dociera do mnie jak przez mgłę, że jestem w jakimś nieznanym miejscu. Ledwo przytomny zrywam się z metalowego łóżka. Nawet nie wiem, która jest godzina. Ruchy, ruchy kociarstwo.
chwilę słychać, ogłaszam strój na zaprawę: trampki, koszulka i szorty. Za chwilę krzyk, kompania przed barakiem na zaprawę zbiórka. Biegiem kociarstwo, bieg, bieg, wypadamy przed barak i ustawiamy się w dwuszeregu. Z dwuszeregu mamy zrobić czwórki, niezłe jaja były, normalnie komedia, akrobacje alpejskie i wyszły dwójki, trójki, piątki i parę czwórek. tym tym, rym tym tym. Na czele kompanii staje mat i wydziera się — za mną biegiem, czterech ostatnich wieczorem czyści kible. Ruszamy biegiem, jestem spokojny, akurat przed wojskiem dużo biegałem i grałem w piłkę nożną. Biegiem pokonujemy ok. 400 metrów, muzyka zwalnia rytm i mat zwalnia. Teraz kaczy chód (demonstruje, jak to ma wyglądać). Kucamy i idziemy w przykucnięciu, śmiesznie to wygląda. Mat oczywiście idzie sobie normalnie, po kilkunastu metrach zaczynam odczuwać mięśnie nóg. W czasie kaczowania rozwiązywały się sznurówki u trampek. Nagle znowu płynie ryk z głośników, rym tym tym. Po kaczuchach mięśnie trochę zesztywniały, a sznurówki pałętają się i trzeba pilnować trampek, żeby nie spadły. Kto został na wiązanie i nie mógł dogonić kompanii, dostawał nową porcję kaczuch, a reszta wolniutkim truchtem do przodu. I tak przez 30 minut.
Po zaprawie mycie i golenie.Po zaprawie mycie i golenie. Ogoliłem jedną stronę i już słychać koniec golenia, biegiem do sal — ścielanie łóżek, ubranie moro.
Ogoliłem jedną stronę i już słychać koniec golenia, biegiem do sal — ścielić łóżka, ubranie moro. Podoficer chodzi i sprawdza poprawność posłania łóżek, oczywiście wszystkie koja źle zasłane. No kociarstwo, dzisiaj jeszcze ulga, ale jutro będzie już samolot. Qwa, jaki samolot. Przygotowanie do wymarszu na śniadanie, ale te nieogolone gęby mają czas 1 minutę na dokładne ogolenie się. Biegiem, drzwi zostały prawie wyrwane, a w łazience tłok z kilku sal. Krew się lała, wyglądaliśmy jak po bitwie pod Grunwaldem.
W drodze na stołówkę pierwsza próba musztry, równy krok i krok defiladowy. Oczywiście podoficer miał ubaw, co to qwa jest, kobyłka Piłsudskiego?
słanie łóżek w wojsku
Dzisiaj macie jeszcze luz, dzień organizacyjny i pokaz słania łóżek (foto poglądowe z innej formacji), układania w szafkach, układania moro przed capstrzykiem oraz czyszczenie butów, które należy równo ustawić przed salą na korytarzu.
Przed stołówką mat informuje nas, że jak on wyjdzie już ze śniadania, to kompania ma już stać w dwuszeregu. Kto się nie wyrobi, wyleci na orbitę. Jaką znowu orbitę?
Oczywiście mat wchodzi pierwszy, a my po kolei systematycznie. Na śniadanie zupa mleczna, pieczywo, marmolada, kostka margaryny i jeszcze coś tam. Gdy wchodzi do stołówki ostatnia czwórka, mat już pije herbatę i zaraz będzie wychodził. Stoimy w dwuszeregu, wychodzi kapral, ale Ci, co ostatni wchodzili na stołówkę, jeszcze nie wrócili. Czekamy chwili i wypadają ze stołówki ostatni obrońcy granic, ruszając jeszcze szczękami.
My idziemy a oni na orbitę. Orbita to bieg wokół maszerującej kompanii. Na kompanii zapoznajemy się z regulaminem koszar, następuje podział na plutony, szybkie porządki i już idziemy na obiad. Idziemy tak jak na śniadanie, z przytupem. Mat informuje, pamiętajcie, ja wychodzę po obiedzie i kompania ma już stać. Na obiad w plastikach zupa, drugie danie i rozrzedzony kisiel do picia. Powrót do koszar z nauką chodzenia i dalsze instrukcje oraz poznawanie koszar.
Wymarsz na kolacje, oczywiście z nieudolnym wykonywaniem komend: zbiórka w dwuszeregu, Naprzód Marsz, pierwsze kroki defiladelowy krok, równy krok, przed zatrzymaniem znowu przybijanie defiladowym krokiem i dreptanie w miejscu oraz kompania Stój. Kolacja też na czas. Powrót z kolacji to dalszy trening tworzenia dwuszeregu i czwórek oraz szlifowanie chodzenia.
Na kompanii przydział rejonów i sprzątanie ich. Toaleta na czas, zdążyłem umyć tylko jedną nogę.
Przed capstrzykiem, czyszczenie butów i równiutkie ustawianie ich przed salą na korytarzu. Jeszcze przegląd szafek, oczywiście zawartość każdej ląduje na podłodze — mat informuje, że są duże niedociągnięcia w kolejności i równości. Mamy 3 minuty na ponownie ułożenie. Jeden z nas melduje wykonanie zadania, dobrze, że już nie sprawdza szafek. Podoficer drze się capstrzyk, capstrzyk, gasić światła. Mat wchodzi, zapala światło (po co kazali przed chwilą je gasić?), sprawdza salę i czy wszyscy leżą już na łóżkach z rękami na kocach.
Coś tam bredzi, gasi światło i wychodzi. O nareszcie się wypocznie. Już prawie usypiam, gdy z korytarza dolatuje jakieś szuranie i za chwilę krzyk, sala taka i taka zbiórka na korytarzu. Na korytarzu znowu nasze buty rozpiel..ne i wymieszane. Mat drze ryja, minuta i ma być wszystko równo ustawione. Łapiemy buty, jak popadnie i ustawiamy. No kociarstwo, wasze ruchy są za wolne i nie równo. Pad na cztery łapy i pompujemy po 10 razy.
Dobra kociarstwo, poprawić ustawienie butów i spać, bo jutro rano nowy piękny dzień, sobota.

piątek, 1 stycznia 2021

Za bramą koszar - I dzień, czwartek - 25.10.1979r.

Do bramy koszar szybko dojechaliśmy, wartownik doskonale wiedział, kogo przywieźli i nawet nie sprawdzał paki. Wysadzono nas przed jakimś budynkiem. W dwuszeregu zbiórka qwa ruszać się kociarstwo to nie cywil. Co wy qwa nie wiecie co to dwuszereg. No, koty, zrobimy tu z Wami porządek, będziecie chodzić jak w zegarku. No jest dwuszereg, ale co to qwa jest. W tył rozejść się. W dwuszeregu zbiórka wg wzrostu. Ty taboret gdzie się pchasz na czoło, spierdalaj na ogon. Ty tam co tak się bujasz, w przeciągu stoisz. Prawie wszyscy śmiejemy się. Co jest qwa, wesoło Wam. Cisza kociarstwo, śmiech tylko na rozkaz i krótko - takie ha. Panie kapralu siku. Jaki panie kapralu. Tu nie ma panów, tylko obywatele, a te dwie belki to mat. Paaaobywatelu macie siku. Jaki macie, .uja macie, żołnierz ma wytrzymać.
Pierwsza szóstka za mną i weszli do budynku. Po kilku minutach przyszła kolej na mnie. Wchodzimy do środka. Zanim zorientowałem się, gdzie jestem, kapral krzyknął - siadać kociarstwo, zrobią tu Wam modne fryzury. Kątem oka zauważyłem, że za fryzjerów robią chyba żołnierze starszego rocznika. Śmiało mówić fryzjerom, jakie chcecie fryzury. Zarzucają nam jakieś płachty i pytają jak ciąć. Mnie tak, a mnie tak. Jak to zrobią tylko maszynkami do cięcia włosów, nawet grzebieni nie mają. No i poszły w ruch maszynki. Trach, wyłączyli prąd. Patrzę w lustro, pół głowy na łyso - stare wojsko mało nie zleje się ze śmiechu. Prąd zaraz był, chyba wyłączyli dla jaj. Głowy na dół, golimy karki i robimy dalszą fryzurę. No koty, sprawdzić, czy tak może być. Qwa, zrobili nam irokezy. Podoba się Wam, to wysiadka. Gdzie qwa, siad na dupę. Pojechali nas na zero, kolegi obok nie poznałem.

Na komendę - Powstań, Za mną. Wchodzimy do dużego pomieszczenia, każdemu dają papierowy wór. Rozbierać się do naga, ubrania do wora, zostawić dokumenty, zaadresować do domu i do łaźni. Na waleta pakujemy cywilki, adresujemy i wchodzimy do łaźni. Trudno się poznać. W łaźni puszczają na krótko zimną wodę. Przy wyjściu na holu rzucają nam ubrania moro i bieliznę. Oczywiście bez pytania o rozmiar. Wyglądamy jak szweje. Wychodzimy na zewnątrz, jest już ciemno, Ci pierwsi stoją już w dwuszeregu. To wszystko szybko się dzieje, w głowach mamy chaos, nie wiemy co dalej.
Pada komenda - naprzód za mną Marsz! Ruszyliśmy, każdy na swoje kopyto. Co to qwa jest, kobyłka Piłsudskiego! Lewa, lewa, lewa i tak trzymać. Dochodzimy do budynku w lesie - pada komenda Stój. Zaraz zostaniecie wpuszczeni do kina na dobry film, jak to w wojsku było. Rzeczywiście jest to chyba kino, ale filmu nie ma. Każdy podchodzi do jednego stolika, przy którym wołają o książeczkę wojskową, coś tam piszą. Dobra młody, zapamiętaj przydział, kompania 13 - ta, czekać przed budynkiem. Jakiś żołnierz pokazuje mi drzwi, wchodzę, ciemno, nic nie widać, włażę w jakieś wiadro, słychać tylko brzęk i śmiech. Zapalają światło, no qwa młody nie rwij się tak do szmaty, jeszcze będziesz długo na niej jeździł. To chyba stały repertuar przy przyjęciu - fryzjer, łaźnia, schowek gospodarczy itd. Przed budynkiem stoją w grupkach przyszli obrońcy granic. Staliśmy chyba jeszcze godzinę, w samych morach było trochę zimno.

Nareszcie wyszło kilku kaprali i padły komendy: kompania 1,2,3 - 15 - zbiórka. Kompania za mną marsz. Maszerujemy, ciemno nic nie widać, zatrzymujemy się przed jakimś budynkiem. To magazyn sortów mundurowych. Wchodzimy do środka i czekamy w kolejce na szerokim długim korytarzu. Młody narybek podchodzi po kolei pod otwarte drzwi pomieszczenia magazynowego. W drzwiach stoi stół-biurko, trzeba podać swoje dane.
Po formalnościach potężny mat rzuca worem w marynarza, chwila nie uwagi lub za duży ciężar powoduje, że młody traci równowagę i ląduje z worem na podłodze. Mało któremu udaje się ustać na nogach, przy odrobinie szczęścia przed wywrotką ratuje oparcie się o ścianę. Towarzyszą temu salwy śmiechu.

Czekam przygotowany na złapanie wora, ale wyrzucony z dużą siłą i pod ciężarem zawartości ląduję na ścianie. Po odebraniu sortów mundurowych maszerujemy na kompanię i lokują nas na salach. Przydzielają nam szafki i gołe metalowe na sprężynach łóżka. U szefa kompani pobieramy koce i pościel. Mamy szybko rozpakować wory i ułożyć zawartość w szafkach wg przekazanego schematu, w każdej szafce ma być tak samo, przybory do golenia itd. Przebieramy się w piżamy, moro musi być równo ułożone na taborecie przy łóżku, plecak wieszamy z tyłu łóżka. Pokazano nam jak ścielać łóżka, które są piętrowe i trafiam na górę, w sumie to mi pasuje. Buty ustawiamy równiutko na korytarzu i mamy się myć. Łazienka duża, wchodzi dużo chłopa. Golenie, mycie i krzyk mata, "koniec mycia". Wychodzimy na korytarz, na którym leżą rozwalone i wymieszane buty.
Qwa, kociarstwo, buty miały być równiutko ułożone! Czas 2 minuty i ma być klar. Mało czasu, żeby dopasować buty, na znalezienie swoich nie ma szans, bo jeszcze nie mamy poznaczonych. No dobra kociarstwo, teraz capstrzyk i ma być cicho. Kładziemy się i gasimy światło, trwają cichutkie rozmowy, śmiechy. Wpada mat, co koty, spać się nie chce, no to sprawdzimy ułożenie w szafkach. Oczywiście zawartość zostaje wywalona. Koszulki tu i tu, przybory do golenia tu, itd., wszytko ma być równiutko i w odpowiednim miejscu. Za 5 minut meldować o sukcesach. Po ułożeniu dwóch podoficerów sprawdza ułożenie w szafkach. Nie jest tak, jak powinno być, ale na dzisiaj odbój.
Kłaść się spać, ręce mają być na wierzchu koca! Poszedł, a my znowu po cichutku rozmowy i chichy śmichy. Jednak zmęczenie zwycięża i słychać z niektórych miejsc chrapanie.

sobota, 8 sierpnia 2020

Podróż do jednostki w Ustce

Ostania noc w domu przed wyjazdem do jednostki w Ustce minęła szybko. Nie było żadnych szczególnych pożegnań, zero alkoholu w domu. Krótka rozmowa z rodziną i na drugi dzień spotkałem się z kolegą w Radomiu. Pogoda jak na październik była piękna, taka złota Polska jesień.
W Parkowej wypiliśmy trochę alkoholu, zrobiliśmy jeszcze obchód miasta i w drodze na dworzec PKP spotkaliśmy koleżankę kolegi. Po krótkiej rozmowie zdecydowała, że pojedzie z nami do Warszawy. Jak chce, niech jedzie, będzie weselej. W głowie trochę szumiało, nastrój bojowy udzielił się nam wszystkim. W pociągu nie zauważyłem, żeby ktoś wybierał się do wojska. Zresztą staliśmy w zapchanym korytarzu.

W wesołym nastroju szybko dotarliśmy na Dworzec główny. Wysiadamy, trochę jestem zdezorientowany, ale po chwili wszystko wraca do normy. Mam jeszcze pół godziny, kolega wyczarował flaszkę. Zauważyłem grupki podpitych młodych ludzi, z ich rozmowy wynikało, że też jadą do woja. Było głośno, krzyki, pożegnania, nie wiadomo było, kto jedzie do wojska, a kto tylko chce się pożegnać z kolegami, chłopakami i dziewczynami. Trochę to wyglądało nie fajnie, tak jakby szli na stracenie lub rzeź. Szkoda rozstawać się z dotychczasowym życiem, ale przecież nie długo wrócę. Pocieszam się myślami, że to będzie coś innego, przygoda na okrętach marynarki wojennej. Podjeżdża pociąg i nagle zrobił się ogromny wrzask, tłum młodych rzucił się do pociągu. Ostanie uściski i też ląduję w pociągu.

Jest tłok i głośno, już słychać rozmowy, kto i gdzie jedzie. Jest już ciemno, na słabo oświetlonym korytarzu wędrują tłumy, przeciskając się w poszukiwaniu wolnego siedzącego miejsca. Robi się coraz głośniej, śmiechy, żarty. Na kolejnych przystankach dosiadają się nowi przyszli obrońcy granic. Zaczynamy się integrować w grupki zdążające do tych samych miejscowości, a nawet do tych samych jednostek. Pociąg mknie, dalej jest już ciemno i pada deszcz. Mam szczęście, na korytarzu przepychał się młody do WC, stracił równowagę i wylądował na mnie. Zaczęliśmy rozmawiać, też jedzie do Ustki. Kazał mi zaczekać, będę wracał, to Cię wkręcę do przedziału. Co za przygłup, niby gdzie miałbym iść. Za chwilę rzeczywiście wraca i mówi do mnie, że zmieszczę się jeszcze do ich przedziału. Idę za nim, w przedziale na dymione jak w jaskini, napier...lone ludzi, że nie ma bardzo gdzie nogi postawić. Kolo, krzyknął, żeby zrobić trochę miejsca, bo znalazł ziomala (niby mnie), który jedzie też do Ustki.
No i zaczęło się, pojawiła się wóda i między kolejnymi kieliszkami, a właściwie jedną szklanką musztardówą rozmowy na temat Kto, gdzie itd. Już czułem, że mam w czubie i następną kolejkę chciałem opuścić. Śmieją się, no co ty do woja idziesz to nie możesz być słabiakiem, bo będziesz ciągle na szmacie jeździł. Przedział wypełnił się rechotem, przechyliłem musztardówę i po ostatnim łyku czułem, że mi rośnie. Dobrze, że światło było ciemne, chyba zrobiłem się czerwony, oczy mi prawie na wierzch wyszły, na szczęście przetrzymałem napór zbuntowanego żołądka. Uf, chyba wóda się skończyła, idę do WC, buja okropnie. W kiblu bajzel jak po wybuchu granatu. Wracam, a tu qwa pcha się z wózkiem i drze się, piwko, piwko, a tu nie ma gdzie nogi postawić. Nie wracam do przedziału, przewietrzę się przy oknie, ale weź go i otwórz. Dobrze, że następne jest otwarte, jakoś się przecisnąłem, jaka ulga. Wracam do przedziału, towarzystwo drzemie, ja też trochę się kimnąłem. Obudził mnie głos, Gdynia wysiadać czy wsiadać. Zrobiło się luźniej, ale dalej drzemiemy.
Nagle ktoś szarpie mnie za ramię, Lębork wysiadamy, na półprzytomny wytaczam się na peron. Jest nas duża grupa, która dzieli się na mniejsze grupki. Jest jeszcze ciemno, ktoś mówi, że pociąg do Ustki jest za parę godzin, chyba około ósmej. Co za zadupie, co tu robić, ciemno wszędzie, głucho wszędzie, zimno i do domu daleko. Padło hasło idziemy na miasto, łazimy w pobliżu dworca, dobry nastrój zastąpił kac. Zaczyna siąpić drobny deszcz, ale spotykamy tubylca, który wskazuje nam adres meliny. No to idziemy, trafiamy w miejsce wyglądające bardziej na wieś niż miasto. Rozpijamy z trudem alkohol i kręcimy się po dworcu.
Nareszcie rozwidnia się, ktoś mówi, że nie ma co się spieszyć, na 8.00 do jednostki i tak nie zdążymy. Ktoś straszy, że za każdą spóźnioną godzinę będzie kara. Pojawili się cywile na dworcu, którzy mówią, że jak chcemy trochę jeszcze pobyć na wolności, to musimy zniknąć z dworca, bo zaraz żandarmeria się tu pojawi. Idziemy na miasto, ale wszystko jeszcze pozamykane. Na poprzednią melinę nikt nie trafi, ale spotkaliśmy gościa, który podprowadził nas do innej „wytwórni”. Po pół litra na trzech, żeby nie paść. Gdzie tu wypić, w dodatku w brzuchu burczy. Bar mleczny otwarty, ale po zupie mlecznej może być niewesoło. Jest jeszcze pomidorówka z makaronem, chyba z wczorajszego dnia, bo jakaś o dziwnym smaku, a może to nie wina zupy.
Wychodzimy i pociągamy w bramie z gwinta, czuję, że zaraz oddam pomidorówkę. Chłopaki, o 10 tej otworzą tę knajpę, co ją mijaliśmy, idąc na melinę, ja muszę coś zjeść, bo nie dam rady wypić. Reszta też miało podobny dylemat. W knajpie zamawiamy żurek i bigos oraz herbatę. Po żurku dyskretnie polewamy do szklanki po herbacie. Zrobiło się cieplej, przyjemniej i powróciła werwa.

Około południa wracamy na dworzec, patrol żandarmerii idzie w naszą stronę, ale my wsiadamy już do ciuchci jadącej do Ustki. Dworzec w Ustce obstawiony wojskiem. Kurde, zdrowie powróciło, trzeba jeszcze zobaczyć miasto. Jakiś młody chłopak wyprowadził nas, omijając wojsko na miasto. Gdzie tu iść, miasta nikt nie zna, trafiła się budka z piwem. Po jednym piwku włączyła się opcja turysty, ale ile można chodzić. Wracamy, w pobliżu dworca patrol szybko nas zwinął. Do jakiej jednostki, takiej i takiej, no to wsiadać na tę ciężarówkę. W sumie to i lepiej, bo jednak zmęczenie było duże, a w jednostce może dadzą się przespać. Pełna paka załadowana z niewyraźnymi minami przyszłego kociarstwa, jeden z nas próbuje jeszcze wysiąść. Jeden z dwóch pilnujących nas żołnierzy wydziera japę, gdzie qwa młody, siad na du.ę. Ruszamy, do zobaczenia za bramą koszar.

piątek, 27 marca 2020

Pobór do wojska

Na drugi dzień zgłaszam się do WKU Kozienice. Ciekawy jestem co dalej. Wchodzę, za biurkiem siedzi major. Podaję mu wezwanie, szuka coś w papierach, no jest bumaga. Nic nie pyta, coś wypisuje i daje mi jakiś świstek. Chcę zapytać, czy to bilet do wojska i gdzie mam się wstawić. Uśmiecha się ironicznie i każe postępować wg pisma, które przed chwilą otrzymałem. Odmaszerować! W ułamku sekundy przelatuje mi kilka myśli.
Na korytarzu czytam pismo, za dwa dni mam się zgłosić na dodatkowe badania na ul.Koszykową w Warszawie. O co tu biega? Pytam pozostałych oczekujących, ale oni wiedzą tyle, co ja. W czwartek 18.10.1979 roku zgłosiłem się na ul.Koszykową. Trochę poczekałem, za nim mnie wezwali. Wchodzę do sali, która wygląda jak duży gabinet lekarski. Na początku formalności i pierwsze badanie słuchu, później stomatolog, laryngolog i neurolog. Po badaniach chwilę czekałem, wyszła sekretarka i dała mi skierowanie, żeby 22.10.1979 roku zgłosić się znowu do swojego WKU. Co oni mnie tak kurde ganiają.

Wezwanie na komisję przyszło mi miesiąc wcześniej, a teraz nastąpiło jakieś przyśpieszenie. Jadę na 10.00 do WKU Kozienice, wchodzę, za biurkiem ten sam majora i jeszcze jakiś żołnierz. Pyta o nazwisko i szuka czegoś, nie ma, nie przyszło. Weź żołnierzu, sprawdź jeszcze tam. Młody znajdę szarą kopertę i daje majorowi. Czyta, przegląda, zastanawia się. I co młody czas do woja. Myślałem, że najwcześniej to będzie to na wiosnę 1980 r. Nie ma co czekać, armia potrzebuje ludzi. Gdzie byście chcieli iść, oglądam się do tyłu czy ktoś za mną jeszcze wszedł, nie ma nikogo. No chciałbym gdzieś bliżej. Dobrze, jak sobie życzysz. Poczekaj na korytarzu. Na korytarzu czeka jeszcze jeden na wezwanie. Rozmawiamy, dlaczego tak się dzieje. Mówi mi, że ma jakiegoś znajomego w WKU, który mu mówił, że paru gości z tego WKU załatwiło sobie odroczenie i na to miejsce muszą szybko dać innego.

Po paru minutach wychodzi młody żołnierz i daje mi kopertę. Masz tam bilet, zaświadczenie do zakładu pracy i masz dwa dni na załatwienie wszystkiego. Resztę sam sobie doczytaj. Otwieram kopertę, jest książeczka wojskowa, zaświadczenie do zakładu pracy i bilet. Qwa, CSSMW Ustka, jednostki pływające, wstawić się w czwartek 25.10.1979 r. o ogodz. 8.00. Jestem oszołomiony, miało być blisko i do tego nie tak szybko. Nie będzie czasu na pożegnanie z rodziną i kolegami. Nie wiem co robić, przecież nic nie załatwię. Trudno, czekam jeszcze na tego co, wszedł przed chwilą. Wychodzi, ale ma papiery już ze sobą. Też idzie do woja, ale 27.10.79 r. i do Dęblina na lotnisko. Kuźwa. Przemyślałem, ochłonąłem, a co tam mi zależy, przynajmniej morze zobaczę. Trochę martwi mnie, że to na trzy lata. Wracam do domu, jutro pojadę do pracy i po załatwiam wszystko.

W pracy załatwiam, co trzeba, dostaję odprawę, będzie na pożegnanie, tylko mało czasu mi zostało. W Radomiu spotykam paru kolegów, pijemy po parę piwek i umawiam się z jednym, że pojedzie ze mną pociągiem do Warszawy. Wracam do domu, jest już wieczór we wtorek. Już tu nic nie nawojuję się, jutro w środę i muszę być na 20.00 w Warszawie, skąd odchodzi pociąg chyba do Trzebiatowa. Z kolegami z mojej miejscowości już nie miałem, kiedy się spotkać. Dobrze, że na zabawie w remizie strażackiej zrozumieli, że już idę do woja i trochę wypiliśmy razem.