Druga sobota, rano trzepanie koców, musztra w czasie przemarszu na posiłki, rejony, czas na przepłukanie ubrania po piątkowych ćwiczeniach na poligonie. W naszym budynku koszarowym od 1978 roku były już grzejniki C.O, które dzisiaj lepiej grzały i suszyliśmy na nich ubrania. Gorzej było z butami, bo przez noc na korytarzu nie zdążyły jeszcze dobrze wyschnąć. Wg mnie pobór do wojska jesienią wymagał więcej trudu, niedogodności i niekomfortowych warunków związanych z zimnem, wilgocią, błotem. Ta sobota była w miarę spokojna. Zaliczyliśmy kilka zbiórek na drewnianych schodach prowadzących na strych i przed budynkiem. Nogi nieprzyzwyczajone do biegania po schodach zareagowały usztywnieniem mięśni. Niedziela też była na luzie, oczywiście swoje trzeba było zrobić.
W poniedziałek od rana mieliśmy „Sajgon” na poligonie.
Przez Lędowski poligon przepływał strumyk, woda w nim miała lekko rdzawy kolor i nazywaliśmy
rzeczkę - „Żółtą Rzeką”. Kilkakrotnie ćwicząc „natarcie”, zmuszeni byliśmy pokonać „Żółtą Rzekę” przeskakując ją. Jednym to się udawało, inni lądowali w wodzie i mokrzy ślamazarnie wspinali się na brzeg. Następnie czołganie się przez pola ryżowe.
Co to takiego pola ryżowe? Były to tereny podmokłe i wszędzie tam rosło sitowie. A jak padało to większość terenu była w wodzie.
Po ćwiczeniach, a raczej docieraniu i ujeżdżaniu kociarstwa wracaliśmy do koszar na obiad. Maszerowaliśmy w szyku zwartym czwórkami, brudni, mokrzy i nieludzko zmęczeni a w butach chlupała woda. Koledzy, którzy podpadli w czasie ćwiczeń biegali dookoła maszerującego plutonu, licząc na głos kolejne okrążenia. I biada temu, co się pomylił w liczeniu, wtedy zaczynał wszystko od początku. Oczywiście marsz do miejsca zakwaterowania był połączony ze śpiewaniem, a jak śpiew nie wychodził no to bieg i tak do znudzenia.
Przed przybyciem do budynku kompanii trzynastej zatrzymaliśmy się przed hydrantem (każdy pluton przy innym), żeby umyć buty z błota. Woda się lała na nasze już i tak mokre buty, wobec tego nie było co się bawić w ostrożne mycie. Nogi zdążyły się już rozgrzać, ale jak bardzo zimna woda wleciała do butów, to można było się posikać.
Dowódca poradził nam, żeby moro też opłukać pod wodą, bo na kompanii nie ma warunków do zrobienia prania. Tak zrobiliśmy, chociaż nie było to łatwe, żeby był, chociaż podłączony jakiś wąż. Ponownie dowiedzieliśmy się, że w wojsku nie ma rzeczy niemożliwych.
Należało pochylić się pod hydrantem i woda lała się na plecy, potem rękami trzeba było chlupnąć parę razy na przód ubrania. Należało robić to szybko, bo z zimna można było się pos..ć. Sekundy trwały w nieskończoność. Stałem jak mokra kura, a woda ciekła, robiąc kałuże. Po tym zabiegu biegiem ruszyliśmy do koszar po suche ubranie, bo jesteśmy ubłoceni jak prosiaki i pójdziemy do łaźni.
W łaźni czasu na mycie też nie było za dużo, ledwo zdążyliśmy spłukać pianę z mydła i już zarządzono koniec kąpieli. Miło było założyć suchą bieliznę i moro, ale suchych skarpet ani onuc prawie nikt nie wziął. Przykro było zakładać mokre skarpety na czyste nogi, zresztą buty też były mokre.
Na kompanii mokre moro przepłukaliśmy w umywalkach i wywiesiliśmy na sznurkach przed budynkiem, a wieczorem dosuszyliśmy na grzejnikach, które dzisiaj słabiej grzały.
Wymarsz na kolację w mokrych butach i suchych skarpetach tylko trochę pomógł, bo za jakiś czas skarpety naciągnęły wilgocią. Mogliśmy przecież iść w trampkach, ale nie byłoby mocnego tupania. Oczywiście przemarsz był zarazem musztrą kroku defiladowego i nauką śpiewu.
Po kolacji czyściliśmy buty, sprzątaliśmy rejony. Udało mi się jeszcze raz umyć nogi i założyć suche skarpety. Buty częściowo osuszyłem onucami, których nie zdążyłem uprać przed kolacją.
Dziennik telewizyjny i walka z zamykającymi się oczami. Chwilę wolnego wykorzystaliśmy na osuszanie butów papierem z gazet. Zdążyłem jeszcze przeprać onuce i skarpety, które mocno wykręciłem, bo na salach było chłodno. Rejony, sprawdzenie stanu osobowego i capstrzyk. Byliśmy cholernie zmęczeni i szybko usnęliśmy.
Nie na długo, bo przed północą ogłoszono alarm. Pierwsze co należało zrobić to zaciemnić okna kocami, a dopiero potem się ubierać. Za moment ogłoszono zbiórkę z pełnym wyposażeniem oraz spakowanym plecakiem. Oczywiście było kilku spóźnialskich.
Sprawdzano nam plecaki czy wszystko spakowaliśmy. Oczywiście, że nie. Wskazano nam popełnione błędy i udzielono nam kilka wskazówek. Odwołano alarm i wróciliśmy do sal spać. Musieliśmy od nowa układać przedmioty i rzeczy w szafkach.
Położyłem się spać i się zastanawiałem czy zaraz nie wpadnie podoficer sprawdzić ułożenie w szafkach, a może buty na korytarzu. Słyszałem już, że żołnierz nie może mieć za dużo czasu na myślenie, ale to ganianie to już przesada. Dzisiejszy dzień był koszmarem dla ciała i ducha. Nasłuchując krzyku lub głosu rozwalanych butów, ponownie usnąłem.
Usłyszałem jakieś głosy, pobudka, pobudka, pobudka, wydawało mi się, że śnię i leżę dalej. Przecież dopiero co się położyliśmy. Nagle drzwi do sali otworzyły się z trzaskiem. Co jest kociarstwo, nie słychać było pobudki. Czekacie na specjalne zaproszenie czy na mamusię, która cichutko was obudzi? Zdałem sobie sprawę, że tak jak ja nikt nie zareagował na pobudkę.
🔔 ORP "Dzik" - trałowiec ⚓ Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce
👉Wpisy będą uzupełniane i poprawiane (pamięć 😁)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poligon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poligon. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 stycznia 2025
niedziela, 15 grudnia 2024
Dzień słonia, pola ryżowe i Żółta Rzeka
Pobudka, zaprawa, porządki i wymarsz na śniadanie. Powrót do koszar i zbiórka w dwuszeregu przed budynkiem z ubraniem przeciwgazowym i maskami p.gaz. Dzisiaj nietypowo "Dzień Słonia" (ćwiczenia chemiczne) w piątek zamiast (czwartku - święto 1.11.1979) na poligonie Lędowo — rzucił z uśmieszkiem d-ca plutonu.
W międzyczasie kolega powiedział nam, żeby nie wychylać się z pytaniami, bo on za te o pola ryżowe i rzekę czyścił schody na strych do drugiej w nocy.
Z dwuszeregu z postawy zasadniczej na komendę „W czwórki, w prawo – ZWROT” stworzyliśmy kolumnę czwórkową. Maszerując w czwórkach, wybijaliśmy rytm, tupiąc równo butami po kostce brukowej CSSMW. Dźwięk uderzeń odbijał się echem w powietrzu, tworząc swoisty rytm, który towarzyszył nam podczas marszu. Torby z odzieżą ochronną L-1 oraz torby z maskami pgaz-dym, zwane potocznie „słoniem”, luźno przewieszone na krzyż przez pierś marynarzy, dyndały w czasie marszu, dodając nieco ciężaru, ale i charakteru całej formacji. Chełm na głowie dokuczał mi niemiłosiernie. Słabo go zapiąłem, więc co chwilę zsuwał się na oczy, bok lub do tyłu, utrudniając widoczność i skupienie. Mimo to starałem się nie dać po sobie poznać, że przeszkadza mi tak błaha rzecz. Saperka, przyczepiona do pasa, tłukła się o nogę, a każdy krok był uciążliwy. W miarę upływu czasu zmęczenie zaczynało dawać się we znaki, ale wiedziałem, że muszę trzymać się w ryzach. Wszyscy wokół mnie maszerowali, a każdy z nas miał swoje myśli i obawy.
Mat podał komendę: „Śpiew od czoła!”. Niestety, to dopiero pierwsze dni i śpiew tak samo, jak wszelkie zwroty w lewo, prawo, czwórki czy dwuszereg twórz, nie wychodził, tak jak by chciał nasz d-ca plutonu. Była to dla niego okazja rozgrzania nas i krzyknął: Bieeegiem! Wyżej wymienione torby utrudniały bieg. Biegliśmy ok. trzystu metrów, czwórki się załamały, zaczęło brakować tchu, gdy padł rozkaz: Równy krok! A po chwili: prawoskrzydłowy! Śpiew od czoła! I znowu nasz śpiew wyszedł jak kocia muzyka i zaliczyliśmy następną powtórkę z „rozrywki”: Biegieeem.
Brukowane uliczki zmieniły się w piaszczystą drogę i wyszliśmy na teren poligonu. Jeszcze tętno mi nie spadło, oddychaliśmy ciężko, gdy padła komenda: Pogotowie Gazowe! (przygotować tylko maski). No i się zaczęła droga przez mękę. Pośpiesznie wyciągaliśmy maski przeciwgazowe i za moment padła komenda: Gaz! I z problemami, bo jeszcze nie mieliśmy wprawy, zakładaliśmy maski na twarz. Ćwiczyliśmy na sucho, nie było żadnego zadymienia itp. Z marszu przechodziliśmy w bieg, całość była wzbogacona komendami: lotnik, kryj się lub granat z lewej, granat z prawej. Na każdą taką komendę rzucaliśmy się na glebę, najlepiej w jakieś zagłębienie. Gdzieś po kilometrze alarm gazowy został odwołany.
Ściągaliśmy maski, kaszląc, plując i wciągając głęboko w płuca świeże powietrze, bo smród gumy maski nie był przyjemny. Nastąpiła chwila odpoczynku. Siedzieliśmy w milczeniu, starając się zregenerować siły po trudach ostatnich godzin. Każdy z nas miał w oczach zmęczenie, ale też determinację. W oddali słychać było szum drzew i delikatny śpiew ptaków, które zdawały się ignorować naszą obecność. Pomimo chłodu było nam gorąco, ziemia piaszczysta i wilgotna, dobrze, że nie było deszczu. Przypomniałem sobie, jak jeszcze niedawno życie wyglądało zupełnie inaczej. Teraz wszystko się zmieniło. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania, a my musieliśmy znaleźć sposób, by przetrwać.
Zaraz po chwili odpoczynku zaczęliśmy się zbierać, żeby ruszyć dalej, w nieznane, z nadzieją na lepsze jutro. Otrzymaliśmy krótką instrukcję co mamy robić na odpowiednie komendy. Będziemy teraz ćwiczyć „pluton w natarciu” albo w „obronie”.
Na hasło „pluton w natarciu” biegliśmy z okrzykiem jak na ruskich filmach — hura, huraaa. Gdy wpadliśmy w teren błotka z rosnącym sitowiem (pola ryżowe) i z biegu na komendę czołganie przez pełzanie przechodziliśmy do czołgania. Próbując uniknąć kontaktu całego ciała z podłożem, czołgałem się na łokciach i kolanach. To była z jednych ulubionych zabaw dowódców, bo wyłapywali takich jak ja i dociskali nas nogą do podłoża. Dowódca tak docisnął mnie, że aż woda chlupnęła na boki i zmoczyła mi ....:). Czołgaliśmy się tam i z powrotem, a dowódcy zachęcali nas okrzykami: niżej dupy, szybciej, trzech ostatnich po kolacji dodatkowe prace. Nastąpiło przyśpieszenie i robiliśmy ślady pełzającego węża. Taki styl dowodzenia może być trudny do zniesienia, ale w kontekście treningu wojskowego, czasami wymaga się od uczestników maksymalnego wysiłku, aby przygotować ich na sytuacje w realnym działaniu.
Pozorowaliśmy atak, czołgając się i biegając w błocie tam i z powrotem zachęcani gromkimi okrzykami: Niżej dupy, dupy niżej! Szybciej, szybciej się ruszać koty przebrzydłe.
Po natarciu nadeszła obrona, która polegała na okopywaniu się, ale teren został wybrany już inny. Ziemia była twarda z kępami trawy, myślałem, że da się trochę odpocząć, ale trzeba było szybko wykopać dołek, bo znowu trzech ostatnich będzie zaliczonych do dodatkowego docierania kotów. Okopać należało się tak, żeby mat ze swojej pozycji nie widział nas. Kopaliśmy, ziemię należało układać z przodu i po bokach.
Kopanie dołka w twardej ziemi to niełatwe zadanie, zwłaszcza w trudnych warunkach. Każdy z nas musiał działać szybko i sprawnie, wiedząc, że czas działa na naszą niekorzyść. Ziemię układałem z przodu i po bokach, aby zasłonić się przed wzrokiem mata. W miarę jak postępowałem z wykopem, starałem się być cicho, aby nie zwrócić na siebie uwagi.
W głowie miałem jeden cel – znaleźć chwilę wytchnienia. Musiałem jednak pamiętać, że muszę być czujny i gotowy do działania w razie potrzeby. Wiedziałem, że każdy ruch może mieć znaczenie, a dodatkowe docieranie kotów było dla nas nie tylko za karę, ale i oznaczało większy wysiłek w przyszłości.
Praca szła powoli, ale każdy centymetr wyjętej ziemi przybliżał mnie do celu. W miarę jak dołek się powiększał, czułem, że zyskuję na czasie. Miałem nadzieję, że uda mi się wykopać wystarczająco głęboko, aby w końcu znaleźć chwilę spokoju. Mimo trudności, myśli o odpoczynku dodawały mi energii do dalszej pracy. Nogi odpoczywały, ale ręce i płuca pracowały na pełnych obrotach, żeby tylko nie być jednym z ostatnich. Czułem już duże zmęczenie, w głowie kołatało się, żeby tylko wytrzymać. Dowódca zarządził odwrót, zbiórkę i czwórkami zaczęliśmy wracać do koszar.
Po paru minutach nastąpił teoretyczny atak gazowy, ale ochrona przeciwchemiczna była już pełna w postaci odzieży ochronnej L-1 zwanych kondonami i maski pegaz-dym. Tu również panował chaos i nieporadność w ubieraniu zabezpieczeń. Część z nas wyglądała jak ostatnie ofermy, temu wisiał pasek, tamtemu odłączyła się rura od pochłaniacza itd. Znowu zaczęło się bieganie, czołganie, padanie na komendy granat i lotnik. Maska zaparowała mi i ledwo co już widziałem. Forsowaliśmy jakiś strumyk czy rów z wodą do kolan (później dowiedzieliśmy się, że to „Żółta Rzeka”). Całe szczęście, że zaraz nastąpiło odwołanie ataku chemicznego. Nic już prawie nie widziałem, czułem spływający pot. Po zapakowaniu ubrań i masek w torby pluton uformował czwórki i ruszyliśmy z powrotem do koszar.
Podpadziochy wpadli na orbitę — biegali dookoła maszerującego plutonu, licząc na głos kolejne okrążenia. Zaliczyliśmy jeszcze kilka razy Lotnik! Kryj się! Rzucaliśmy się w przydrożne krzaki i zagłębienia. Wreszcie weszliśmy na brukowaną drogę centrum jednostki. Następnie zatrzymaliśmy się przy hydrancie i musieliśmy założyć odzież przeciwchemiczną w celu opłukania jej, ale już jej nie pakowaliśmy do toreb. Nieśliśmy ją luzem w rękach, żeby wysuszyć ją w koszarach.
Nareszcie dotarliśmy do budynku naszego zakwaterowania i na komendę „Rozejść” ruszaliśmy biegiem do budynku, tłocząc się i przepychając się w drzwiach wejściowych, żeby nie być ostatnim. Jednak tym razem żaden z dowódców nie zwracał na to uwagi, widocznie też byli zmęczeni. Na korytarzu i w salach pojawiły się plamy z wody i błota.
Już myślami siedziałem na taborecie, ale na sali gdzie spaliśmy czekała na nas niespodzianka w postaci „Lotnika”. Na środku sali leżał stos naszych koców, prześcieradeł, poduszek, ręczników i innych rzeczy osobistych. Ktoś z nas pewnie zostawił nierówno zasłane łóżko albo krzywo złożony ręcznik. To wystarczyło, żeby uczyć nas porządku. Szybko ponownie ścieliliśmy łóżka, układaliśmy nasze rzeczy tak, jak chcieli tego nasi przełożeni. Trzeba było się spieszyć, bo czasu było niewiele a obiad tuż, tuż, a tu trzeba jeszcze było wyczyścić buty i oczyścić jako tako moro oraz posprzatać korytarz i sale z tego co nanieślismy.
Przemarsz na obiad i z obiadu niczym się nie różnił od poprzednich. Tupanie, Śpiew od Czoła itp. Po obiedzie omówienie ćwiczeń i kilka punktów nauki z regulaminu.
Podoficer zarządził pięciominutową przerwę z przygotowaniem wyjścia do łaźni. Ucieszyło mnie to, bo po tygodniu mycia na czas każdy z nas był niedomyty. Często był dylemat, od czego zacząć myć, w pierwszym dniu zdążyłem umyć jedną nogę w umywalce. W następnych dniach już nabraliśmy wprawy w myciu nóg i ciała. Wkładaliśmy szybko do umywalki pod kran pojedynczo nogi, 2-3 sekundy i zmiana nogi bez wycierania, właściwie to było takie opłukanie. Przy takim myciu niektóre umywalki już ledwo wisiały. Szybko pod pachami, zęby, twarz, golenie zostawialiśmy na rano. Nie było sensu golić się o tej porze, bo rano jakimś cudem nasi d-cy zauważali, że nie jesteśmy dokładnie ogoleni. Chyba mieli mikroskop w oczach. Następnie padła komenda: „Biegiem do sal rozejść się” po suche moro, mydło, ręcznik i z powrotem przed budynek. Zabraliśmy suche moro po pachę i z powrotem biegiem przed budynek. Zastanawiałem się co będzie dalej. Padała komenda i ruszyliśmy tupiąc w nieznanym mi jeszcze kierunku. Zatrzymaliśmy się przed budynkiem łaźni, do którego mieliśmy wchodzić plutonami. Po rozebraniu zauważyłem, że mam brązowe nogi od wody z poligonu. Przed wejściem pod wodę, zdaliśmy brudne majtki i otrzymaliśmy nowe. Dostałem, takie reformy, że szok. Może jak następnym razem dostanę dobre, to już nie będę wymieniał, bo i tak pierzemy na kompanii. Woda pod prysznicem leciała na przemian zimna i ciepła, chyba tak specjalnie puszczali, żeby nas zahartować lub zażartować. W pierwszym dniu przyjęcia woda w łaźni była ciepła, a dzisiaj na początku parę chwil leciała letnia, przechodząc w lodowatą. Nie wiem, dlaczego tak było. Może specjalnie lub po prostu wszystką ciepłą wodę zużyła kompania przed nami.
Po kolacji znowu czyszczenie wyposażenia (saperki, torby, maski) i włożenie ubrań ochrony przeciwgazowej do toreb. Można dostać pierdolca jak w kieracie: pobudka, zaprawa, rejony, rejony, maszerowanie i znowu sprzątanie, zbiórki, zbiórka na dziennik telewizyjny.
Dzisiaj na dzienniku telewizyjny po wyczerpującym dniu co chwila jakiś marynarz leciał zmoczyć głowę lub obrywał mokrą, brudną szmatą, co wywoływało radosny śmiech podoficerów. My też śmialiśmy się po cichu, bo jak któryś roześmiał się głośniej, to zaraz słyszał. Co z kolegi się młody śmieje i też leciał zmoczyć głowę lub dostawał dodatkową pracę. Czasami ten, co moczył głowę, miał luz od sprzątania, a ten, co się śmiał, robił swój rejon i tego kolegi. To wszystko zależało od humoru naszych przełożonych i ich pomysłowości w myśl zasady, wojsko nie może się nudzić. Te pierwsze dni w armii zwiastowały, że jeszcze wydarzy się dużo niespodziewanych akcji.
Po dzisiejszych ćwiczeniach doszedłem do wniosku, że umiejętność dostosowania się i przetrwania w trudnych warunkach staje się kluczowa. Już wiem, że czas w wojsku to nie tylko wyzwania fizyczne, ale także emocjonalne, nad którymi trzeba panować.
Dzisiaj był to bardzo intensywny dzień. Po ogłoszonym capstrzyku padliśmy na wozy jak rażeni piorunem. Jeszcze zanim usnąłem, któryś zrzucił, że w czasie biegania w maskach odłączyła mu się rura i oddychało mu się dużo lżej, prawie jakby nie miał założonej maski.
W międzyczasie kolega powiedział nam, żeby nie wychylać się z pytaniami, bo on za te o pola ryżowe i rzekę czyścił schody na strych do drugiej w nocy.
Z dwuszeregu z postawy zasadniczej na komendę „W czwórki, w prawo – ZWROT” stworzyliśmy kolumnę czwórkową. Maszerując w czwórkach, wybijaliśmy rytm, tupiąc równo butami po kostce brukowej CSSMW. Dźwięk uderzeń odbijał się echem w powietrzu, tworząc swoisty rytm, który towarzyszył nam podczas marszu. Torby z odzieżą ochronną L-1 oraz torby z maskami pgaz-dym, zwane potocznie „słoniem”, luźno przewieszone na krzyż przez pierś marynarzy, dyndały w czasie marszu, dodając nieco ciężaru, ale i charakteru całej formacji. Chełm na głowie dokuczał mi niemiłosiernie. Słabo go zapiąłem, więc co chwilę zsuwał się na oczy, bok lub do tyłu, utrudniając widoczność i skupienie. Mimo to starałem się nie dać po sobie poznać, że przeszkadza mi tak błaha rzecz. Saperka, przyczepiona do pasa, tłukła się o nogę, a każdy krok był uciążliwy. W miarę upływu czasu zmęczenie zaczynało dawać się we znaki, ale wiedziałem, że muszę trzymać się w ryzach. Wszyscy wokół mnie maszerowali, a każdy z nas miał swoje myśli i obawy.
Mat podał komendę: „Śpiew od czoła!”. Niestety, to dopiero pierwsze dni i śpiew tak samo, jak wszelkie zwroty w lewo, prawo, czwórki czy dwuszereg twórz, nie wychodził, tak jak by chciał nasz d-ca plutonu. Była to dla niego okazja rozgrzania nas i krzyknął: Bieeegiem! Wyżej wymienione torby utrudniały bieg. Biegliśmy ok. trzystu metrów, czwórki się załamały, zaczęło brakować tchu, gdy padł rozkaz: Równy krok! A po chwili: prawoskrzydłowy! Śpiew od czoła! I znowu nasz śpiew wyszedł jak kocia muzyka i zaliczyliśmy następną powtórkę z „rozrywki”: Biegieeem.
Brukowane uliczki zmieniły się w piaszczystą drogę i wyszliśmy na teren poligonu. Jeszcze tętno mi nie spadło, oddychaliśmy ciężko, gdy padła komenda: Pogotowie Gazowe! (przygotować tylko maski). No i się zaczęła droga przez mękę. Pośpiesznie wyciągaliśmy maski przeciwgazowe i za moment padła komenda: Gaz! I z problemami, bo jeszcze nie mieliśmy wprawy, zakładaliśmy maski na twarz. Ćwiczyliśmy na sucho, nie było żadnego zadymienia itp. Z marszu przechodziliśmy w bieg, całość była wzbogacona komendami: lotnik, kryj się lub granat z lewej, granat z prawej. Na każdą taką komendę rzucaliśmy się na glebę, najlepiej w jakieś zagłębienie. Gdzieś po kilometrze alarm gazowy został odwołany.
Ściągaliśmy maski, kaszląc, plując i wciągając głęboko w płuca świeże powietrze, bo smród gumy maski nie był przyjemny. Nastąpiła chwila odpoczynku. Siedzieliśmy w milczeniu, starając się zregenerować siły po trudach ostatnich godzin. Każdy z nas miał w oczach zmęczenie, ale też determinację. W oddali słychać było szum drzew i delikatny śpiew ptaków, które zdawały się ignorować naszą obecność. Pomimo chłodu było nam gorąco, ziemia piaszczysta i wilgotna, dobrze, że nie było deszczu. Przypomniałem sobie, jak jeszcze niedawno życie wyglądało zupełnie inaczej. Teraz wszystko się zmieniło. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania, a my musieliśmy znaleźć sposób, by przetrwać.
Zaraz po chwili odpoczynku zaczęliśmy się zbierać, żeby ruszyć dalej, w nieznane, z nadzieją na lepsze jutro. Otrzymaliśmy krótką instrukcję co mamy robić na odpowiednie komendy. Będziemy teraz ćwiczyć „pluton w natarciu” albo w „obronie”.
Na hasło „pluton w natarciu” biegliśmy z okrzykiem jak na ruskich filmach — hura, huraaa. Gdy wpadliśmy w teren błotka z rosnącym sitowiem (pola ryżowe) i z biegu na komendę czołganie przez pełzanie przechodziliśmy do czołgania. Próbując uniknąć kontaktu całego ciała z podłożem, czołgałem się na łokciach i kolanach. To była z jednych ulubionych zabaw dowódców, bo wyłapywali takich jak ja i dociskali nas nogą do podłoża. Dowódca tak docisnął mnie, że aż woda chlupnęła na boki i zmoczyła mi ....:). Czołgaliśmy się tam i z powrotem, a dowódcy zachęcali nas okrzykami: niżej dupy, szybciej, trzech ostatnich po kolacji dodatkowe prace. Nastąpiło przyśpieszenie i robiliśmy ślady pełzającego węża. Taki styl dowodzenia może być trudny do zniesienia, ale w kontekście treningu wojskowego, czasami wymaga się od uczestników maksymalnego wysiłku, aby przygotować ich na sytuacje w realnym działaniu.
Pozorowaliśmy atak, czołgając się i biegając w błocie tam i z powrotem zachęcani gromkimi okrzykami: Niżej dupy, dupy niżej! Szybciej, szybciej się ruszać koty przebrzydłe.
Po natarciu nadeszła obrona, która polegała na okopywaniu się, ale teren został wybrany już inny. Ziemia była twarda z kępami trawy, myślałem, że da się trochę odpocząć, ale trzeba było szybko wykopać dołek, bo znowu trzech ostatnich będzie zaliczonych do dodatkowego docierania kotów. Okopać należało się tak, żeby mat ze swojej pozycji nie widział nas. Kopaliśmy, ziemię należało układać z przodu i po bokach.
Kopanie dołka w twardej ziemi to niełatwe zadanie, zwłaszcza w trudnych warunkach. Każdy z nas musiał działać szybko i sprawnie, wiedząc, że czas działa na naszą niekorzyść. Ziemię układałem z przodu i po bokach, aby zasłonić się przed wzrokiem mata. W miarę jak postępowałem z wykopem, starałem się być cicho, aby nie zwrócić na siebie uwagi.
W głowie miałem jeden cel – znaleźć chwilę wytchnienia. Musiałem jednak pamiętać, że muszę być czujny i gotowy do działania w razie potrzeby. Wiedziałem, że każdy ruch może mieć znaczenie, a dodatkowe docieranie kotów było dla nas nie tylko za karę, ale i oznaczało większy wysiłek w przyszłości.
Praca szła powoli, ale każdy centymetr wyjętej ziemi przybliżał mnie do celu. W miarę jak dołek się powiększał, czułem, że zyskuję na czasie. Miałem nadzieję, że uda mi się wykopać wystarczająco głęboko, aby w końcu znaleźć chwilę spokoju. Mimo trudności, myśli o odpoczynku dodawały mi energii do dalszej pracy. Nogi odpoczywały, ale ręce i płuca pracowały na pełnych obrotach, żeby tylko nie być jednym z ostatnich. Czułem już duże zmęczenie, w głowie kołatało się, żeby tylko wytrzymać. Dowódca zarządził odwrót, zbiórkę i czwórkami zaczęliśmy wracać do koszar.
Po paru minutach nastąpił teoretyczny atak gazowy, ale ochrona przeciwchemiczna była już pełna w postaci odzieży ochronnej L-1 zwanych kondonami i maski pegaz-dym. Tu również panował chaos i nieporadność w ubieraniu zabezpieczeń. Część z nas wyglądała jak ostatnie ofermy, temu wisiał pasek, tamtemu odłączyła się rura od pochłaniacza itd. Znowu zaczęło się bieganie, czołganie, padanie na komendy granat i lotnik. Maska zaparowała mi i ledwo co już widziałem. Forsowaliśmy jakiś strumyk czy rów z wodą do kolan (później dowiedzieliśmy się, że to „Żółta Rzeka”). Całe szczęście, że zaraz nastąpiło odwołanie ataku chemicznego. Nic już prawie nie widziałem, czułem spływający pot. Po zapakowaniu ubrań i masek w torby pluton uformował czwórki i ruszyliśmy z powrotem do koszar.
Podpadziochy wpadli na orbitę — biegali dookoła maszerującego plutonu, licząc na głos kolejne okrążenia. Zaliczyliśmy jeszcze kilka razy Lotnik! Kryj się! Rzucaliśmy się w przydrożne krzaki i zagłębienia. Wreszcie weszliśmy na brukowaną drogę centrum jednostki. Następnie zatrzymaliśmy się przy hydrancie i musieliśmy założyć odzież przeciwchemiczną w celu opłukania jej, ale już jej nie pakowaliśmy do toreb. Nieśliśmy ją luzem w rękach, żeby wysuszyć ją w koszarach.
Nareszcie dotarliśmy do budynku naszego zakwaterowania i na komendę „Rozejść” ruszaliśmy biegiem do budynku, tłocząc się i przepychając się w drzwiach wejściowych, żeby nie być ostatnim. Jednak tym razem żaden z dowódców nie zwracał na to uwagi, widocznie też byli zmęczeni. Na korytarzu i w salach pojawiły się plamy z wody i błota.
Już myślami siedziałem na taborecie, ale na sali gdzie spaliśmy czekała na nas niespodzianka w postaci „Lotnika”. Na środku sali leżał stos naszych koców, prześcieradeł, poduszek, ręczników i innych rzeczy osobistych. Ktoś z nas pewnie zostawił nierówno zasłane łóżko albo krzywo złożony ręcznik. To wystarczyło, żeby uczyć nas porządku. Szybko ponownie ścieliliśmy łóżka, układaliśmy nasze rzeczy tak, jak chcieli tego nasi przełożeni. Trzeba było się spieszyć, bo czasu było niewiele a obiad tuż, tuż, a tu trzeba jeszcze było wyczyścić buty i oczyścić jako tako moro oraz posprzatać korytarz i sale z tego co nanieślismy.
Przemarsz na obiad i z obiadu niczym się nie różnił od poprzednich. Tupanie, Śpiew od Czoła itp. Po obiedzie omówienie ćwiczeń i kilka punktów nauki z regulaminu.
Podoficer zarządził pięciominutową przerwę z przygotowaniem wyjścia do łaźni. Ucieszyło mnie to, bo po tygodniu mycia na czas każdy z nas był niedomyty. Często był dylemat, od czego zacząć myć, w pierwszym dniu zdążyłem umyć jedną nogę w umywalce. W następnych dniach już nabraliśmy wprawy w myciu nóg i ciała. Wkładaliśmy szybko do umywalki pod kran pojedynczo nogi, 2-3 sekundy i zmiana nogi bez wycierania, właściwie to było takie opłukanie. Przy takim myciu niektóre umywalki już ledwo wisiały. Szybko pod pachami, zęby, twarz, golenie zostawialiśmy na rano. Nie było sensu golić się o tej porze, bo rano jakimś cudem nasi d-cy zauważali, że nie jesteśmy dokładnie ogoleni. Chyba mieli mikroskop w oczach. Następnie padła komenda: „Biegiem do sal rozejść się” po suche moro, mydło, ręcznik i z powrotem przed budynek. Zabraliśmy suche moro po pachę i z powrotem biegiem przed budynek. Zastanawiałem się co będzie dalej. Padała komenda i ruszyliśmy tupiąc w nieznanym mi jeszcze kierunku. Zatrzymaliśmy się przed budynkiem łaźni, do którego mieliśmy wchodzić plutonami. Po rozebraniu zauważyłem, że mam brązowe nogi od wody z poligonu. Przed wejściem pod wodę, zdaliśmy brudne majtki i otrzymaliśmy nowe. Dostałem, takie reformy, że szok. Może jak następnym razem dostanę dobre, to już nie będę wymieniał, bo i tak pierzemy na kompanii. Woda pod prysznicem leciała na przemian zimna i ciepła, chyba tak specjalnie puszczali, żeby nas zahartować lub zażartować. W pierwszym dniu przyjęcia woda w łaźni była ciepła, a dzisiaj na początku parę chwil leciała letnia, przechodząc w lodowatą. Nie wiem, dlaczego tak było. Może specjalnie lub po prostu wszystką ciepłą wodę zużyła kompania przed nami.
Po kolacji znowu czyszczenie wyposażenia (saperki, torby, maski) i włożenie ubrań ochrony przeciwgazowej do toreb. Można dostać pierdolca jak w kieracie: pobudka, zaprawa, rejony, rejony, maszerowanie i znowu sprzątanie, zbiórki, zbiórka na dziennik telewizyjny.
Dzisiaj na dzienniku telewizyjny po wyczerpującym dniu co chwila jakiś marynarz leciał zmoczyć głowę lub obrywał mokrą, brudną szmatą, co wywoływało radosny śmiech podoficerów. My też śmialiśmy się po cichu, bo jak któryś roześmiał się głośniej, to zaraz słyszał. Co z kolegi się młody śmieje i też leciał zmoczyć głowę lub dostawał dodatkową pracę. Czasami ten, co moczył głowę, miał luz od sprzątania, a ten, co się śmiał, robił swój rejon i tego kolegi. To wszystko zależało od humoru naszych przełożonych i ich pomysłowości w myśl zasady, wojsko nie może się nudzić. Te pierwsze dni w armii zwiastowały, że jeszcze wydarzy się dużo niespodziewanych akcji.
Po dzisiejszych ćwiczeniach doszedłem do wniosku, że umiejętność dostosowania się i przetrwania w trudnych warunkach staje się kluczowa. Już wiem, że czas w wojsku to nie tylko wyzwania fizyczne, ale także emocjonalne, nad którymi trzeba panować.
Dzisiaj był to bardzo intensywny dzień. Po ogłoszonym capstrzyku padliśmy na wozy jak rażeni piorunem. Jeszcze zanim usnąłem, któryś zrzucił, że w czasie biegania w maskach odłączyła mu się rura i oddychało mu się dużo lżej, prawie jakby nie miał założonej maski.
Subskrybuj:
Posty (Atom)